Czy potrafilibyście wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś taki jak my – zwyczajny z pozoru bibliotekarz – zostałby obdarzony przyjemnością bycia celebrytą (lub celebrytem – wyrażenie to występuje w obu odmianach gramatycznych)? Po pierwsze z pomocą jakiego poparcia miałby ów pracownik biblioteki zostać osobą znaną z tego, że jest znana? Musiałby co najmniej:

  • uratować życie użytkownikowi, którego przygniotły regały
  • zostać żoną prezydenta dużego państwa (patrz – Laura Bush)
  • być redaktorem znanego portalu bibliotekarskiego
  • nagrać skandaliczną sex-taśmę z udziałem swoim i gwiazdy polskiego kina
  • w drodze do pracy zostać potrąconym przez samochód pijanego posła na sejm RP

Prawdopodobieństwo zostania celebrytą niezależnie od sytuacji jaka by nas spotkała, a którą byśmy raczej wytworzyli (celebryta jest gatunkiem aktywnym) pozostaje jednak smutno mikroskopijne. Niestety nie zmieni tego nawet fakt, że jest się redaktorką, lub redaktorem znanego portalu bibliotekarskiego.

W tym też momencie teoretycznie należałoby zakończyć wszelkie rozważania i powrócić do pracy w naszym intelektualnym biedaszybie. Załóżmy jednak w laboratoryjnych warunkach, że sytuacja taka zaistnieć może i jest wysoce prawdopodobna. Bibliotekarz zostaje celebrytą. I kropka.

celebryta

Tydzień z życia bibliotecznego celebryty:

Poniedziałek: Kiedy udaje się na zakupy do Biedronki ludzie rozpoznając go (tego celebrytę), przepuszczają go w kolejce, a nawet za niego odstawią koszyk. Kierownik sklepu chce sobie zrobić z celebrytą zdjęcie przy stoisku „Biblioteczka Biedronki” (wszystko za 11.99 pln).

Wtorek: Kuba Wojewódzki zaprasza go do programu razem z Januszem Gajosem i to Gajos jest gościem drugim w kolejności. Na dodatek celebryta nie musi się przesiadać, kiedy w końcu znajdzie się trochę czasu na przepytanie tego.. no, jak mu tam… Gajosa.

Środa: Lokalny ośrodek kultury wraz z burmistrzem gminy organizują – w ramach uznania za zasługi (nikt jednak nie wie do końca za jakie) – specjalną nagrodę jego imienia, dla wybitnie uzdolnionych dzieci. Niestety, z powodu wczorajszej wizyty u Kuby Wojewódzkiego (wiadomo!), możemy tylko zgodzić się na telekonferencję… i to bez wizji.

Czwartek: Dyrektor naszej biblioteki z powodu bycia przez nas celebrytą wyrozumiale daje nam dzień wolny pomimo, że wykorzystaliśmy już wszelkie formy urlopu. Musimy się tylko zgodzić, żeby opowiedzieć nazajutrz naszym współ-bibliotekarzom kilka słów o tym, jak to jest być sławnym. Jak już jesteśmy u niego w gabinecie, żeby to omówić, to my siadamy po jego stronie biurka, a on na zydelku po przeciwnej stronie. Tegoż samego dnia podczas kolejnej wizyty w Biedronce (celebryci też muszą przecież jeść) musimy uciekać z siatkami pełnymi pokarmów przed tłumem ludzi, którzy widzieli nas w telewizji i chcieliby dostać od nas autograf. Na szczęście trafiamy na znajomego (znajomego od czasu wczorajszego afterparty u Kuby) senatora RP, który oferuje nam azyl, immunitet i enklawę w swoim służbowym samochodzie. A siatki z zakupami na 4 piętro wnoszą nam do samej kuchni oficerowie BORu.

Piątek: Chcąc pokazać, że wciąż przecież jesteśmy tak jak inni: zwyczajnymi wszak ludźmi, dla niepoznaki udajemy się do pracy. Ale nie za wcześnie. Tak około 9.30. Zgodnie z uprzejmością, jaką obiecaliśmy wyrządzić naszemu dyrektorowi, pojawiamy się na spotkaniu z niedawnymi kolegami, a obecnie właściwie już naszymi fanami. Opowiadamy o tym, jak to jest być znanymi z tego że jesteśmy znani, jak to osiągnęliśmy i jak ciężko musieliśmy na to pracować. Na koniec wysuwamy konkluzję, że naszą sławę zawdzięczamy rodzicom oraz w dużej mierze współpracownikom. Otrzymujemy oklaski na stojąco. Potem przez cały dzień odwiedzają celebrytę dyskretne delegacje. Wszyscy proszą żebyśmy mówili im per „ty”. Biblioteczna królowa piękności, czy też biblioteczny Romeo nagle chcą z nami wyjść na buszowanie w nowo otwartej księgarni.

Sobota: Odpuszczamy sobie zaplanowany wcześniej sobotni dyżur (popołudniowy). Zamiast tego udajemy się na premierę najnowszej sztuki teatralnej. Pomimo, że nie mamy zaproszenia, to wchodzimy razem z zaprzyjaźnionym na wspominanym afterparty reżyserem filmowym. Fotoreporterzy cykają nam kilka fotek, które po 15 minutach lądują na plotkarskiej stronie internetowej, w dziale: kronika towarzyska.

Niedziela: Zaczyna się artystyczną niemocą (wiadomo) i próbujemy ogarnąć co działo się poprzedniego wieczora. Niewiele świta nam w głowie. Otoczenie mówi, że jednak się działo. Kura w łazience i trzy pary majtek w zlewie to wyraźne dowody. Lewą ręką włączamy telewizję by dowiedzieć się co właściwie robiliśmy w nocy – media mają przecież prawie że ustawowy obowiązek informować naród o losach największego narodowego skarbu. Tutaj jednak, gdzie nie klikniemy, przewijają się czerwone, żółte i tęczowe paski, na których grubym fontem wytrawiona podróżuje z prawej do lewej wiadomość z ostatniej chwili… I niezależnie czy będzie to samobójczy zamach w katowickim oddziale ZUSu, czy złoty medal na mistrzostwach Eurazji w wyścigach gołębi, to gdzieś w głębi mózgu zaczyna nam kiełkować przerażająca myśl… że może ludzie przestaną o nas mówić. Spędzamy pół dnia siedząc na kanapie, wlepiając wzrok w Te-Fał i okazuje się, że poza gołębiami i zamachem samobójczym w ZUSie (co ciekawe: ofiar nie zanotowano, jednak oddział wymaga gruntownego remontu – premier zapowiedział uruchomienie rezerw budżetowych), ani razu nie widzieliśmy swojej twarzy. No może prawie ani razu, bo w którejś z telewizji pomylili taśmę z obrazem i pod materiałem o epidemii pryszczycy w Bieszczadach nadano relację z premiery teatralnej. Widać nas w odbiciu lustra w „fułaje” teatru, gdzie znany polski pijak (który grał aktora) udziela wywiadu. Desperacko dzwonimy do gazety bulwarowej by zaproponować relację z tego, co wyprawialiśmy w toalecie podczas premiery z drugoplanowym aktorem/aktorką, jednak redakcja odpowiada, że nie mają miejsca, robią numer specjalny o sukcesach polskiego gołębiarstwa sportowego. Dalej już tylko równia pochyła. Nawet szkoda słów żeby to opisywać…

I tak, w kolejny poniedziałek nagle przestajemy być znani z tego że jesteśmy znani. Media otrzymują nową maskotkę do wymiętolenia. Społeczeństwo niczym trzylatek potrafi skupić się na jednej „rzeczy”przez nie więcej, niż kilka dni, potem chwyta za nową zabawkę. Bibliotekarz celebryta wraca do szarej rzeczywistości. Dane mu było polizać życie pozabiblioteczne, po czym siłą mu je zabrano. Można pokusić się o metaforę, że życie w splendorze i blasku trwało tylko tydzień, bo celebryta jest jak motyl, żyje pięknie, ale za to bardzo krótko. I na koniec należy stwierdzić, że taka metafora jest zdecydowanie zbyt rozbudowana i chyba jednak niezbyt adekwatna.

MR

[Ile razy właściwie użyłem w tekście wyrazu „celebryta” w rożnych odmianach? Sporo. Może komuś będzie się chciało policzyć.]

korekta: Brybuk

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.
Pulowerek na FB