Bibliotekarz celebrytą?

Artykuł opublikowany 19 listopada 2009 r.
w dziale O nas Bibliotekarzach

Udostępnij artykuł

Czy potra­fi­li­by­ście wyobra­zić sobie sytu­ację, w któ­rej ktoś taki jak my – zwy­czajny z pozoru biblio­te­karz – zostałby obda­rzony przy­jem­no­ścią bycia cele­brytą (lub cele­bry­tem – wyra­że­nie to wystę­puje w obu odmia­nach gra­ma­tycz­nych)? Po pierw­sze z pomocą jakiego popar­cia miałby ów pra­cow­nik biblio­teki zostać osobą znaną z tego, że jest znana? Musiałby co najmniej:

  • ura­to­wać życie użyt­kow­ni­kowi, któ­rego przy­gnio­tły regały
  • zostać żoną pre­zy­denta dużego pań­stwa (patrz – Laura Bush)
  • być redak­to­rem zna­nego por­talu bibliotekarskiego
  • nagrać skan­da­liczną sex-taśmę z udzia­łem swoim i gwiazdy pol­skiego kina
  • w dro­dze do pracy zostać potrą­co­nym przez samo­chód pija­nego posła na sejm RP

Praw­do­po­do­bień­stwo zosta­nia cele­brytą nie­za­leż­nie od sytu­acji jaka by nas spo­tkała, a którą byśmy raczej wytwo­rzyli (cele­bryta jest gatun­kiem aktyw­nym) pozo­staje jed­nak smutno mikro­sko­pijne. Nie­stety nie zmieni tego nawet fakt, że jest się redak­torką, lub redak­to­rem zna­nego por­talu bibliotekarskiego.

W tym też momen­cie teo­re­tycz­nie nale­ża­łoby zakoń­czyć wszel­kie roz­wa­ża­nia i powró­cić do pracy w naszym inte­lek­tu­al­nym bie­da­szy­bie. Załóżmy jed­nak w labo­ra­to­ryj­nych warun­kach, że sytu­acja taka zaist­nieć może i jest wysoce praw­do­po­dobna. Biblio­te­karz zostaje cele­brytą. I kropka.

celebryta

Tydzień z życia biblio­tecz­nego celebryty:

Ponie­dzia­łek: Kiedy udaje się na zakupy do Bie­dronki ludzie roz­po­zna­jąc go (tego cele­brytę), prze­pusz­czają go w kolejce, a nawet za niego odsta­wią koszyk. Kie­row­nik sklepu chce sobie zro­bić z cele­brytą zdję­cie przy sto­isku „Biblio­teczka Bie­dronki” (wszystko za 11.99 pln).

Wto­rek: Kuba Woje­wódzki zapra­sza go do pro­gramu razem z Janu­szem Gajo­sem i to Gajos jest gościem dru­gim w kolej­no­ści. Na doda­tek cele­bryta nie musi się prze­sia­dać, kiedy w końcu znaj­dzie się tro­chę czasu na prze­py­ta­nie tego.. no, jak mu tam… Gajosa.

Środa: Lokalny ośro­dek kul­tury wraz z bur­mi­strzem gminy orga­ni­zują – w ramach uzna­nia za zasługi (nikt jed­nak nie wie do końca za jakie) – spe­cjalną nagrodę jego imie­nia, dla wybit­nie uzdol­nio­nych dzieci. Nie­stety, z powodu wczo­raj­szej wizyty u Kuby Woje­wódz­kiego (wia­domo!), możemy tylko zgo­dzić się na tele­kon­fe­ren­cję… i to bez wizji.

Czwar­tek: Dyrek­tor naszej biblio­teki z powodu bycia przez nas cele­brytą wyro­zu­miale daje nam dzień wolny pomimo, że wyko­rzy­sta­li­śmy już wszel­kie formy urlopu. Musimy się tylko zgo­dzić, żeby opo­wie­dzieć naza­jutrz naszym współ-bibliotekarzom kilka słów o tym, jak to jest być sław­nym. Jak już jeste­śmy u niego w gabi­ne­cie, żeby to omó­wić, to my sia­damy po jego stro­nie biurka, a on na zydelku po prze­ciw­nej stro­nie. Tegoż samego dnia pod­czas kolej­nej wizyty w Bie­dronce (cele­bryci też muszą prze­cież jeść) musimy ucie­kać z siat­kami peł­nymi pokar­mów przed tłu­mem ludzi, któ­rzy widzieli nas w tele­wi­zji i chcie­liby dostać od nas auto­graf. Na szczę­ście tra­fiamy na zna­jo­mego (zna­jo­mego od czasu wczo­raj­szego after­party u Kuby) sena­tora RP, który ofe­ruje nam azyl, immu­ni­tet i enklawę w swoim służ­bo­wym samo­cho­dzie. A siatki z zaku­pami na 4 pię­tro wno­szą nam do samej kuchni ofi­ce­ro­wie BORu.

Pią­tek: Chcąc poka­zać, że wciąż prze­cież jeste­śmy tak jak inni: zwy­czaj­nymi wszak ludźmi, dla nie­po­znaki uda­jemy się do pracy. Ale nie za wcze­śnie. Tak około 9.30. Zgod­nie z uprzej­mo­ścią, jaką obie­ca­li­śmy wyrzą­dzić naszemu dyrek­to­rowi, poja­wiamy się na spo­tka­niu z nie­daw­nymi kole­gami, a obec­nie wła­ści­wie już naszymi fanami. Opo­wia­damy o tym, jak to jest być zna­nymi z tego że jeste­śmy znani, jak to osią­gnę­li­śmy i jak ciężko musie­li­śmy na to pra­co­wać. Na koniec wysu­wamy kon­klu­zję, że naszą sławę zawdzię­czamy rodzi­com oraz w dużej mie­rze współ­pra­cow­ni­kom. Otrzy­mu­jemy okla­ski na sto­jąco. Potem przez cały dzień odwie­dzają cele­brytę dys­kretne dele­ga­cje. Wszy­scy pro­szą żeby­śmy mówili im per „ty”. Biblio­teczna kró­lowa pięk­no­ści, czy też biblio­teczny Romeo nagle chcą z nami wyjść na buszo­wa­nie w nowo otwar­tej księgarni.

Sobota: Odpusz­czamy sobie zapla­no­wany wcze­śniej sobotni dyżur (popo­łu­dniowy). Zamiast tego uda­jemy się na pre­mierę naj­now­szej sztuki teatral­nej. Pomimo, że nie mamy zapro­sze­nia, to wcho­dzimy razem z zaprzy­jaź­nio­nym na wspo­mi­na­nym after­party reży­se­rem fil­mo­wym. Foto­re­por­te­rzy cykają nam kilka fotek, które po 15 minu­tach lądują na plot­kar­skiej stro­nie inter­ne­to­wej, w dziale: kro­nika towarzyska.

Nie­dziela: Zaczyna się arty­styczną nie­mocą (wia­domo) i pró­bu­jemy ogar­nąć co działo się poprzed­niego wie­czora. Nie­wiele świta nam w gło­wie. Oto­cze­nie mówi, że jed­nak się działo. Kura w łazience i trzy pary maj­tek w zle­wie to wyraźne dowody. Lewą ręką włą­czamy tele­wi­zję by dowie­dzieć się co wła­ści­wie robi­li­śmy w nocy – media mają prze­cież pra­wie że usta­wowy obo­wią­zek infor­mo­wać naród o losach naj­więk­szego naro­do­wego skarbu. Tutaj jed­nak, gdzie nie klik­niemy, prze­wi­jają się czer­wone, żółte i tęczowe paski, na któ­rych gru­bym fon­tem wytra­wiona podró­żuje z pra­wej do lewej wia­do­mość z ostat­niej chwili… I nie­za­leż­nie czy będzie to samo­bój­czy zamach w kato­wic­kim oddziale ZUSu, czy złoty medal na mistrzo­stwach Eura­zji w wyści­gach gołębi, to gdzieś w głębi mózgu zaczyna nam kieł­ko­wać prze­ra­ża­jąca myśl… że może ludzie prze­staną o nas mówić. Spę­dzamy pół dnia sie­dząc na kana­pie, wle­pia­jąc wzrok w Te-Fał i oka­zuje się, że poza gołę­biami i zama­chem samo­bój­czym w ZUSie (co cie­kawe: ofiar nie zano­to­wano, jed­nak oddział wymaga grun­tow­nego remontu – pre­mier zapo­wie­dział uru­cho­mie­nie rezerw budże­to­wych), ani razu nie widzie­li­śmy swo­jej twa­rzy. No może pra­wie ani razu, bo w któ­rejś z tele­wi­zji pomy­lili taśmę z obra­zem i pod mate­ria­łem o epi­de­mii prysz­czycy w Biesz­cza­dach nadano rela­cję z pre­miery teatral­nej. Widać nas w odbi­ciu lustra w „fułaje” teatru, gdzie znany pol­ski pijak (który grał aktora) udziela wywiadu. Despe­racko dzwo­nimy do gazety bul­wa­ro­wej by zapro­po­no­wać rela­cję z tego, co wypra­wia­li­śmy w toa­le­cie pod­czas pre­miery z dru­go­pla­no­wym aktorem/aktorką, jed­nak redak­cja odpo­wiada, że nie mają miej­sca, robią numer spe­cjalny o suk­ce­sach pol­skiego gołę­biar­stwa spor­to­wego. Dalej już tylko rów­nia pochyła. Nawet szkoda słów żeby to opisywać…

I tak, w kolejny ponie­dzia­łek nagle prze­sta­jemy być znani z tego że jeste­śmy znani. Media otrzy­mują nową maskotkę do wymię­to­le­nia. Spo­łe­czeń­stwo niczym trzy­la­tek potrafi sku­pić się na jed­nej „rzeczy”przez nie wię­cej, niż kilka dni, potem chwyta za nową zabawkę. Biblio­te­karz cele­bryta wraca do sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. Dane mu było poli­zać życie poza­bi­blio­teczne, po czym siłą mu je zabrano. Można poku­sić się o meta­forę, że życie w splen­do­rze i bla­sku trwało tylko tydzień, bo cele­bryta jest jak motyl, żyje pięk­nie, ale za to bar­dzo krótko. I na koniec należy stwier­dzić, że taka meta­fora jest zde­cy­do­wa­nie zbyt roz­bu­do­wana i chyba jed­nak nie­zbyt adekwatna.

MR

[Ile razy wła­ści­wie uży­łem w tek­ście wyrazu “cele­bryta” w roż­nych odmia­nach? Sporo. Może komuś będzie się chciało policzyć.]

korekta: Bry­buk

Prze­czy­taj też:

  1. Robot biblio­te­karz przy­szło­ścią bibliotek?
  2. Szybki i zwinny jak bibliotekarz
  3. Biblio­te­karz, jaki jest – każdy widzi…
  4. Naj­sil­niej­szy biblio­te­karz świata
  5. Bo biblio­te­karz to bez­pieczna praca… akurat!

Tagi tego artykułu: , , , ,

Jeden komentarz


  1. Kiczora

    Wli­cza­jąc tytuł i post­scrip­tum rap­tem 10 razy.
    A w tek­ście jakby zawarta została nie­zno­śna lek­kość bytu, czyli mała nutka nie­ja­kiej humo­rza­stej zło­śli­wo­ści. ;) Czy może mnie się tak tylko wydaje… ?

    19 listopada 2009 r. o godzinie 12:42 ()

Skomentuj artykuł...

Security Code:

Viva la Wolna Kultura:

Pulo­we­rek działa na rzecz “ubo­ga­ca­nia” Wol­nej Kul­tury. Utwory w ser­wi­sie Pulowerek.pl dostępne są na licen­cji Cre­ative Commons:

Creative Commons License

Jed­no­cze­śnie sami też sta­ramy się korzy­stać z dobro­dziejstw wol­nej kul­tury. Grze­biąc w śmiet­niku cywi­li­za­cji jakim jest Inter­net, zda­rza się jed­nak nie­świa­do­mie tra­fić na mate­riały objęte pra­wem autor­skim. Jeśli znaj­dzie­cie w naszym por­talu jakieś nad­uży­cia pro­simy o kontakt.

Pulowerek na FB

Szybki kontakt!

W razie palą­cej potrzeby szyb­kiego kon­taktu z redak­cją należy wpi­sać treść i klik­nąć przy­cisk “wyślij”:

[contact-form 2 “Szybki kontakt”]
Pulowerek.pl