Jakiś czas temu mogliście w Pulowerku przeczytać tekst o gadżeciarskich długopisach przydatnych i nieprzydatnych w codziennej pracy. Z pewnością jednak zwracających uwagę i odganiających nudę. Dziś kontynuujemy cykl prezentując kolejna dawkę długopisowego szaleństwa.
Równie interesująca jak sam długopis może być jego zatyczka. Tutaj mamy akurat model racjonalnie oszczędny, do wykorzystania w biurowcach, korporacjach i innych instytucjach, które myślą odrobinę ekologicznie. Po co produkować całe plastikowe sztućce skoro można robić same końcówki, a resztę powierzyć użytkownikowi: są malutkie, a więc "portable". Idąc zapewne tym tokiem myślenia narodziły się sztućcowe zatyczki do długopisów. Idealne kiedy nie mamy czasy wyjść na lancz, czyli popularne w tej części świata drugie śniadanie.
Jestem pod wrażeniem boskiej harmonii tego gadżetu. Pożyteczne, przyjemne i praktyczne.
Czasem trzeba wybić jakiś dobry bit, a jak wiadomo muzyka łagodzi obyczaje więc ogólnie można ją uznać za coś dobrego w pracy. Takie oto bębniaste długopisy służą do ekspresji muzycznej z gatunku perkusyjnych i relaksacyjnych. Każdy długopis ma trzy podstawowe dźwięki - zapewne będą to Bum! Bęc! i Brzdęk i własny mini głośnik. Ten gadżet nie pozwoli zasnąć współpracownikom, a jeśli oni sprawią dobie jakieś inne mini instrumenty to możecie założyć zespół biblioteczny i dawać koncerty zamiast pobierać kary za przetrzymane książki.
Zobaczyć takie długopiso-bębny w akcji bezcenne, usłyszeć je... bolesne.
Co i rusz zabraniają palić papierowy w kolejnych miejscach, tym samym zawężając rezerwat dla palaczy. Bywa i kropka. Wielu z was ma zapewne zwyczaj podgryzania długopisów, ślinienia, mielenia w ustach i zasysania wgłąb jamy ustnej. Nałóg jak inne. Jeśli więc przypadkiem po przeczytaniu powyższych zdań stwierdziliście że zaliczacie się do obu grup to mam dla was długopis papieros. Klasyczny pet odlany w plastiku i pokolorowany na kształt rzeczywistego. Idealna imitacja. Smakuje pewnie tak samo podle jak oryginał, więc może nie zauważycie różnicy.
Smacznego koledzy bibliotekarze, niech to będzie pierwszy krok w drodze do rzucenia nałogu... a którego to sobie sami wybierzcie.
Do tego długopisu można znaleźć kilka interpretacji. Z jednej strony klasyczna miotła przydatna np do wymiatania brudu z pomiędzy klawiszy naszego kibordu. Z drugiej strony jeśli dostaniesz go szanowna bibliotekarko w prezencie od współpracowników to może oznaczać iż mają cię oni za biblioteczną jędzę i chętnie widzieliby cię odlatującą na miotle tam gdzie twoje miejsce. Smutna prawda.
Gadżet o zabarwieniu bardzo magicznym. Przyda się także jak wam biurko się zaśmieci zbytnio.
Jeśli jesteś bibliotecznym psotnikiem i lubisz "practical jokes" czyli tzw. psikusy to polubisz ten właśnie długopis, który jest w pełni funkcjonalną procą. Możesz nim z nudów strzelać papierkami do kosza, wkurzać współpracowników atakując ich niespodziewanymi ciosami za ucho. Prawdopodobnie jednak nie będzie ci dane cieszyć się tym długopisem zbyt długo bo zostanie ci komisyjnie odebrany w związku z naruszeniem zasad BHP.
Kup od razu kilka takich gadżetów to po pierwsze jak ci jeden zabiorą zawsze wyciągniesz spod lady kolejny, a po drugie możesz zorganizować cały oddział procarzy i wytoczyć regularną bitwę najeźdźcy
W sumie to nie jest prawdziwy długopis... to raczej długopis miłości. Znaczy się długopis do miłosnych zabaw. Taki oto piszący czekoladą gadżet bardziej nadaje się do łóżka niż na biurko. Służy do pisania po bardzo delikatnym materiale. Ewentualnie widzę dla niego zastosowanie biurowe jako podręczny pakiet czekolady lub dobry sprzęt do ozdabiania bibliotecznych tortów. W takim czy innym zastosowaniu stanowi on świetny gadżet z rodziny długopisowatych.
Powinni jeszcze takie robić z ketchupem, tabasco i o smaku kiszonych ogórków. Każdy lubi co innego...
***
... wygląda na to że czeka Was jeszcze jedna część naszej długopisowej epopei gadżetowej....
Na zakończenie tradycyjny bonus:
Maszyna która wydaje odgłos otwieranego piwa. Faceci (i niektóre kobiety) wiedzą że to jeden z najprzyjemniejszych dźwięków na świecie. Ukojenie skołatanych nerwów, obietnica przyjemności, chwila zapomnienia. Legendarne Psssst! w zasięgu naszej ręki. O ile w pracy nadal nie można pić prawdziwego piwa, to możemy troszkę poudawać pssst. Niesamowicie relaksujący gadżet. Mam teorię że nie był żadnego wielkiego Bang! kiedy rodził się wszechświat tylko wielkie Pssst!

no to Pssst! pozdrawiam
MR
Przeczytaj też:















