Biblioteka. Instytucja złożona. W sensie metafizycznym jak i fizycznym po prostu. Wielki budynek, którego poszczególne poziomy skrywają niezliczone ilości książek oraz nieco mniejsze ilości pracowników, którzy zajmują się czynnościami, o których przeciętny czytelnik nie ma pojęcia. Bo który student (oprócz studentów bibliotekoznawstwa i archiwistyki) wie co to jest skontrum albo znak proweniencyjny, który wie, iż przyjęcie książki do biblioteki fachowo zowie się akcesem. Na pewno nieliczni. Zróżnicowana i mająca swój bogaty koloryt grupa bibliotekarzy dzieli się na kilka podgrup. Na samym dole drabinki rozwoju zawodowego stoi młodszy bibliotekarz, a obok tej drabinki stoi jeszcze jeden typ pracownika. Mowa tu o bibliotekarzu, który wykonuje prace zlecone. Ma on obowiązek odpracować określoną ilość godzin na rzecz biblioteki za określoną stawkę. Uczciwa transakcja. Pracownicy tacy najczęściej są kierowani do komórek, w których aktualnie jest dużo pracy (na przykład przy przeprowadzce, albo przy akcesji dużej kolekcji), albo zlecane są im prace, które podlegają jakiemuś działowi, ale nie jest on w stanie ich wykonać ze względu na małą ilość pracowników i natłok pracy. Wymyśliłem nawet nazwę (mało oryginalną) takiego bibliotekarza – pracownik rotacyjny. Krąży on między działami zdobywając bezcenne doświadczenie oraz wiele nowych znajomości. Bardzo szybko potrafi również zorientować się w niepisanych zasadach rządzących biblioteką. A to właśnie takie zasady rzutują na to jaki w bibliotece panuje klimat oraz to jaka biblioteka w rzeczywistości jest.

Stary komunał i banał mówi, że to ludzie kształtują instytucje. Z punktu widzenia człowieka z zewnątrz, ale już nasiąkniętego „biblioteką” pewne zależności rysują się dość ciekawie. Na pewno istnieje pewien dysonans pomiędzy młodymi a starymi (oczywiście z wieloma wyjątkami, ale to wyjątki kształtują reguły). Młodzi chcieliby zmian, większego otwarcia na czytelnika, uwolnienia książek spod władzy wszechmocnego systemu zarządzania biblioteką na literę A. Student, czy też czytelnik globalnie, chciałby dotknąć, obejrzeć książkę przed jej wypożyczeniem w sposób ocierający się o głęboko prywatne przeżycie, o pewną ludzko-książkową intymność omijając pośrednictwo Bibliotekarki bądź Bibliotekarza realizującego zamówienie. Człowiek (przynajmniej ja) ma skłonność do nadawania przedmiotom, a w szczególności bliskim mu książkom, charakteru innego niż mogłyby na to zasługiwać przez swoją „gatunkową przynależność”. Krótko mówiąc, człowiek przyzwyczaja się do książki tak jak do człowieka czy zwierzęcia. Nie do każdej oczywiście, ale do tych, które mają dla niego jakąś wartość, czy to sentymentalną, czy to zawodową. Czytałem kiedyś artykuł o pewnym profesorze fizyki, którego całą biblioteczkę w gabinecie na uczelni kształtował jeden, stary i wytarty podręcznik, w który zaglądał zawsze kiedy przychodziła mu do głowy jakaś innowacyjna i odkrywcza myśl. Ta jedna książka stanowiła dla niego taką samą wartość jaką dla ludzkości stanowi Biblioteka Kongresu bądź Biblioteka Watykańska. Dlatego też im mniej pośredników na drodze książki z półki w ręce chętnego czytelnika tym lepiej. Ktoś mógłby mi zarzucić, że przesadzam, że dorabiam filozofię do systemu wypożyczania książek z biblioteki. Być może tak jest, ale z drugiej strony dehumanizacja czytelnictwa, technokratyzacja bibliotek na pewno nie wpływa dobrze na poziom czytelnictwa. Gdzie się podziały kameralne, nieco zakurzone i trochę zbyt ciemne biblioteki, w których za biurkami siedziały srogie, ale skore do pomocy panie? To się już nie wróci.
Pracownik rotacyjny, którym bez wątpienia również i ja jestem, przygląda się całej tej strukturze od środka, ale zachowując jeszcze pewien poziom postrzegania „z zewnątrz”. Praca bibliotekarza jest z całą pewnością słabo doceniana i nie wiedzieć czemu nie cieszy się dużą estymą co jest bardzo dla mnie niezrozumiałe. Pomimo tego wszystkiego rzadko można spotkać młodego pracownika biblioteki, który byłby smutny czy zgorzkniały i to jest piękne, że pomimo niezbyt dużych wynagrodzeń potrafimy śmiać się sami z siebie i zachowywać dystans do spraw nieprzyjemnych czy po prostu dziwnych, które dzieją się w naszych bibliotekach.

Miałem napisać felieton, który byłby ironiczny i z humorem. Chyba nie do końca wyszło tak jak chciałem, ale z drugiej strony pracując w ciasnym magazynku patrzy się na bibliotekę inaczej niż spod przeszklonej kopuły, na pewno bardziej klaustrofobicznie. Jeżeli ktoś będzie czytał te moje westchnienia, które niektórzy określą bez wątpienia mianem „smętów”, to będę dalej stukał w klawisze dzieląc się spostrzeżeniami człowieka stojącego obok drabiny.
Wasz Pracownik Rotacyjny
Piotr
Tagi tego artykułu: biblioteka, felieton, magazyn, obserwacje, student, zlecenie, zwyczaje














