Udostępnij artykuł

Dziś w wyjąt­ko­wym tygo­dniu Tygo­dniu Biblio­tek Agata, która ofi­cjal­nie dołą­czyła do naszej redak­cji [Witamy!!!] przy­go­to­wała spe­cjalny odci­nek komiksu, my zaś przy­go­to­wa­li­śmy wywiad z Agatą. Jed­nak nie zanu­dzamy tylko od razu prze­cho­dzimy do rzeczy:

Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [37] – Doceń swo­jego Biblio­te­ka­rza

i podwój­nie uro­dzi­nowy, bo wczo­raj Agata tak samo jak nasz por­tal, obcho­dziła swoje święto, deser w postaci wywiadu z naszą ulu­bioną rysowniczką:

Twoje komiksy cie­szą się olbrzy­mią popu­lar­no­ścią, co środę setki biblio­te­ka­rzy czeka na kolejny pasek “Komiksu, który wyda­rzył się naprawdę”. Jest to zde­cy­do­wa­nie prze­bój pol­skiej sfery biblio­tecz­nej. Mamy do Cie­bie kilka pytań:

Kiedy zaczę­łaś ryso­wać “na poważnie”?

Cała przy­goda zaczęła się, kiedy mia­łam jesz­cze dość bli­sko do pod­łogi. Mając kilka lat zary­so­wy­wa­łam zeszyty histo­ryj­kami komik­so­wymi, któ­rych boha­te­rami były różne zabawne stworki wymy­ślane przez mojego Tatę (mam wiel­kie szczę­ście posia­dać Tatę, który obda­rzony jest wyobraź­nią, humo­rem i talen­tem do opo­wia­da­nia histo­rii). Komiksy oczy­wi­ście z początku były nieme, bo i ja nie umia­łam jesz­cze pisać i czy­tać. Miały za to dymki z obraz­kami, za pomocą któ­rych sta­ra­łam się odda­wać emo­cje tar­ga­jące boha­te­rami. W miarę postę­pów mojej szkol­nej edu­ka­cji, komiksy sta­wały się coraz bar­dziej roz­bu­do­wane, histo­ryjki wymy­śla­łam już samo­dziel­nie, poja­wił się też pierw­szy wierny czy­tel­nik – mój młod­szy brat. Wiem z pew­nego źródła, że tajemne schowki w miesz­ka­niu moich rodzi­ców w dal­szym ciągu kryją całą tę wcze­sną komik­sową doku­men­ta­cję. Naj­wier­niej­szy czy­tel­nik, mimo iż posu­nięty już w latach, sta­now­czo sprze­ci­wia się posła­niu jej na śmietnik.

Takie były początki. Po pod­sta­wówce było liceum, klasa o pro­filu pla­stycz­nym, a tu już ryso­wa­nie i malo­wa­nie stało się bar­dzo poważną sprawą, pod­le­ga­jącą oce­nie na świa­dec­twie. Komiks nadal mi towa­rzy­szył – głów­nie w for­mie histo­ry­jek ryso­wa­nych nie­le­gal­nie pod­czas lek­cji do spółki z koleżankami.

Czemu nie kariera arty­styczna, a praca w bibliotece?

Oj tak, ta kariera arty­styczna… Moim marze­niem od zawsze było zostać fre­elan­ce­rem i pra­co­wać w domu. Byłoby cud­nie. Nie robić w żadnej fabryce od do, nie mieć bez­po­śred­nio nad sobą żadnego szefa, wysy­piać się, przy wła­snym biurku ilu­stro­wać książki oraz wyko­ny­wać inne inte­re­su­jące mnie zle­ce­nia. Jakoś mi to nie do końca wyszło w prak­tyce. Stwier­dziw­szy, że jeść coś trzeba, po róż­nych zawo­do­wych pery­pe­tiach tro­chę przy­pad­kiem tra­fi­łam do biblio­teki. W sumie nie­zu­peł­nie zgod­nie z wykształ­ce­niem, ponie­waż skoń­czy­łam histo­rię sztuki. Pra­wie całe stu­dia, a także jakiś czas po, pra­co­wa­łam w przy pro­wa­dze­niu lek­cji muze­al­nych z dziećmi i mło­dzieżą. Bar­dzo to lubi­łam, ale nie­stety w zatrud­nia­ją­cej mnie insty­tu­cji nie było szans na etat. Kiedy dowie­dzia­łam się o moż­li­wo­ści pracy w biblio­tece dla dzieci, gdzie zaj­mo­wa­ła­bym się podobną dzia­łal­no­ścią, czyli two­rze­niem zajęć biblio­tecz­nych i pla­stycz­nych dla małego czy­tel­nika, nie zasta­na­wia­łam się długo. Książki, podob­nie jak sztuka, sta­no­wiły od zawsze moje hobby. Ani­ma­cja czy­tel­nic­twa wśród naj­młod­szych daje mi dużą satys­fak­cję, zwłasz­cza jeśli mogę być odpo­wie­dzialna za zaję­cia od początku do końca – zarówno za sce­na­riusz, jak i ich wyko­na­nie. A co do „kariery” arty­stycz­nej, no to coś tam sobie bazgrolę rów­no­le­gle. Cza­sem wpad­nie jakieś zle­ce­nie. Może dożyję tego szczę­śli­wego dnia, że wysu­nie się ona na plan pierw­szy. Póki co, cie­szę się pracą wśród ksią­żek i dzieci, czyli w oko­licz­no­ściach przy­rody, które bar­dzo mi odpowiadają.

Boha­te­rami two­ich komik­sów jest czę­sto cała twoja rodzina, czy nie boisz się że dosię­gnie ich trud sławy.

No cóż, nie wiem co o tym myśli Lusia, bo na razie jesz­cze nie umie mówić. Mąż cza­sem narzeka, że przed­sta­wiam go w spo­sób ten­den­cyjny, ale robi to chyba tylko dla zasady. Myślę, że w grun­cie rze­czy jest zado­wo­lony z faktu bycia boha­te­rem komik­so­wym. W każ­dym razie nie wsty­dzi się tego i nie cho­dzi do warzyw­niaka w ciem­nych oku­la­rach. Należy tu bar­dzo mocno pod­kre­ślić, że bez zna­jo­mo­ści z Mężem nie byłoby w ogóle Gac­ko­lan­dii, ponie­waż to nasze domowe dia­logi stały się pod­stawą do powsta­nia „Komik­sów, które wyda­rzyły się naprawę” ( by the way, auto­rem tej ostat­niej nazwy jest wła­śnie Mąż).

Jak możemy obser­wo­wać, inspi­ra­cję czer­piesz z codzien­nej pracy. Czy praca w biblio­tece naprawdę dostar­cza tylu sytu­acji żeby star­czyło na coty­go­dniowy pasek komiksowy?

Zde­cy­do­wa­nie tak! Jak każda praca z ludźmi. Jest milion sytu­acji, które kryją w sobie komizm. Myślę, że taki detek­tor do wykry­wa­nia humoru w naszej codzien­nej pracy posiada wielu biblio­te­ka­rzy, co w jasny spo­sób widać, gdy czło­wiek zagłębi się w biblio­teczną blogosferę.

Z całą pew­no­ścią wykry­wacz biblio­tecz­nego humoru ma wbu­do­wany moja Kole­żanka Zza Lady, któ­rej postać poja­wia się na biblio­tecz­nych paskach ( to ta z ciem­nymi wło­sami). Nawet teraz, gdy sie­dzę w domu na urlo­pie wycho­waw­czym, jej maile z opi­sem wyda­rzeń w pracy zain­spi­ro­wały powsta­nie nie­jed­nego komiksu.

Czy ciężko jest zawrzeć komizm w kilku tylko kadrach?

Z każdą kolejna histo­ryjką coraz łatwiej. To chyba coś co można wyćwi­czyć. Humor w komik­sie daje się w końcu prze­ka­zać na kilku płasz­czy­znach – za pomocą dia­lo­gów, gestów, mimiki postaci. To sprzyja skró­to­wo­ści opisu. Dla mnie nie­do­ści­głym wzor­cem takiej wła­śnie traf­nej i lapi­dar­nej formy komik­so­wej jest seria Jerry’ego Scotta i Jima Borg­mana, opo­wia­da­jąca o pery­pe­tiach pew­nego pięt­na­sto­latka imie­niem Jeremi. Uwiel­biam Jere­miego. Czy­ta­łam go już ze sto razy, ale wciąż bawi mnie tak samo (nie­które scenki są jakby żywcem prze­nie­sione z mojego domu rodzin­nego, pięt­na­ście lat wcze­śniej). Całość przed­sta­wiona oszczędną, czarno-białą kre­ską. Ponie­waż „Jeremi” był pomy­ślany jako komiks pra­sowy, więc każda histo­ryjka jest krótka (3, 4 obrazki), ale zara­zem nie­zwy­kle celna. Myślę, że pod­stawą do nary­so­wa­nia takiej zwar­tej histo­ryjki jest zaufa­nie do czy­tel­nika i jego inte­li­gen­cji. Nie wszystko w końcu trzeba poda­wać widzowi jak na tacy, czy­tel­nik bar­dziej doce­nia humor w sytu­acji, kiedy sam musi sobie pewne rze­czy dopowiedzieć.

Czy czy­tasz zagra­niczne komiksy biblio­te­kar­skie? Jak oce­niasz ich poziom?

Przy­znaję się bez bicia – nie czy­tam. W ogóle gdyby nie Pulo­we­rek, to pew­nie nigdy nie dowie­dzia­ła­bym się, że coś takiego ist­nieje. Przy wol­nej chwili chęt­nie zagłę­bię się w temat.

Czy nie cią­gnie cię w stronę dłuż­szych form komik­so­wych? Byłby to nie­zły hit na pol­skim rynku bibliotekarskim.

Ha, ha, nie wąt­pię, że komiks o biblio­te­ka­rzach, mógłby oka­zać się hitem, a przy­naj­mniej oba­liłby na pewno nie­które ste­reo­typy i łatki przy­pięte naszej zacnej pro­fe­sji. Nie­stety chyba na razie nie czuję się na siłach, by pod­jąć się takiej misji. Przy obec­nym nawale mat­czy­nych obo­wiąz­ków swo­bod­niej czuję się w krót­kich for­mach komik­so­wych. Dwa razy w życiu powa­ży­łam się na nary­so­wa­nie cze­goś dłuż­szego – mniej wię­cej dzie­sięć lat temu, gdy dwu­krot­nie wystar­to­wa­łam w kon­kur­sie na komiks orga­ni­zo­wa­nym przez mie­sięcz­nik „Świat komiksu”. Oczy­wi­ście nic nie wygra­łam, co jest w pełni zro­zu­miałe, gdy ogląda się to po latach, ale dało mi to pewne poję­cie jak w ogóle ryso­wać komiksy (sta­ra­łam się naśla­do­wać kadry z Thor­gala i innych moich ulu­bio­nych kla­sy­ków) i ile czasu trzeba nad tym spę­dzić, żeby pro­jekt miał ręce i nogi. Kto wie, może kiedy Lusia pod­ro­śnie i zyskam tro­chę czasu, temat powróci na tapetę.

Czy twoje komiksy były już dru­ko­wane w wer­sji papie­ro­wej? Czy myślisz o debiu­cie w tra­dy­cyj­nej, dru­ko­wa­nej, formie?

Ano przy­da­rzyło mi się coś takiego. Pod koniec szkoły śred­niej dora­bia­łam sobie rysu­jąc krót­kie komiksy do pew­nego pisemka spor­to­wego dla nie­wi­do­mych i nie­do­wi­dzą­cych (a więc była to raczej wąska spe­cja­li­za­cja rysow­ni­cza). Gdy byłam na stu­diach, moje paski komik­sowe uka­zy­wały się przez krótki czas w „Pło­myczku”. Zda­rzyło mi się też zilu­stro­wać dwa pod­ręcz­niki dla pew­nego wydaw­nic­twa ( które jakiś czas póź­niej padło, mam nadzieję, że nie należy tego faktu wią­zać z moją z nimi współpracą).

Pew­nie, że faj­nie by było gdyby i Gac­ko­lan­dia ujrzała kie­dyś świa­tło dzienne na półce w Empiku. Nie powiem, że mi się nigdy nie zama­rzyło. Może kie­dyś… Na razie dobrze się bawię pro­wa­dząc ja jako bloga.

Co z two­imi innymi pro­jek­tami arty­stycz­nymi, wiem że czę­ściowo pre­zen­tu­jesz je na swo­jej dru­giej stronie.

Pro­jekty, to chyba z dużo powie­dziane. Po pro­stu rysuję sobie w wol­nym cza­sie i cza­sem coś z tych rze­czy wrzu­cam na bloga „Łapacz snów”. To taki mój, nazwijmy go, szkicownik.

Co chcia­ła­byś przy tej oka­zji powie­dzieć czy­tel­ni­kom, nie będę się bal nawet użyć stwier­dze­nia, fanom two­jej twórczości?

Masz ci los, a mnie ci „fani” wła­śnie jakoś onie­śmie­lają, więc może zostańmy jed­nak przy czy­tel­ni­kach. Kochani Czy­tel­nicy, dzię­kuję, że odwie­dza­cie mojego bloga, obie­cuję nie wypusz­czać ołówka z dłoni i nie usta­wać w tro­pie­niu biblio­tecz­nych komi­zmów dnia powszedniego.

Czego możemy ci życzyć na przyszłość?

Humoru, humoru i jesz­cze raz humoru. Cała reszta głów­nie od tego zależy.


…zapra­szamy na kolejny odci­nek komiksu z Gac­ko­lan­dii:

Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [36] – Nada­jemy z Magadanu

Prze­czy­taj też:

  1. Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [21] - Jak zła­mać bibliotekarza?
  2. Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [100] - Inspiracja
  3. Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [1] - Kozioł z Doliny Rozkoszy
  4. Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [50] - Kosmicznie
  5. Komiks, który wyda­rzył się naprawdę [58]- Pora­nek bibliotekarza

Tagi tego artykułu: ,

Skomentuj artykuł...

Security Code:

Viva la Wolna Kultura:

Pulo­we­rek działa na rzecz “ubo­ga­ca­nia” Wol­nej Kul­tury. Utwory w ser­wi­sie Pulowerek.pl dostępne są na licen­cji Cre­ative Commons:

Creative Commons License

Jed­no­cze­śnie sami też sta­ramy się korzy­stać z dobro­dziejstw wol­nej kul­tury. Grze­biąc w śmiet­niku cywi­li­za­cji jakim jest Inter­net, zda­rza się jed­nak nie­świa­do­mie tra­fić na mate­riały objęte pra­wem autor­skim. Jeśli znaj­dzie­cie w naszym por­talu jakieś nad­uży­cia pro­simy o kontakt.

Pulowerek na FB

Szybki kontakt!

W razie palą­cej potrzeby szyb­kiego kon­taktu z redak­cją należy wpi­sać treść i klik­nąć przy­cisk “wyślij”:

[contact-form 2 “Szybki kontakt”]
Pulowerek.pl