Do biblioteki przyszedł pewnego razu młody człowiek. Ot tak sobie popracować. Przyszedł to i przy okazji postanowił znaleźć żonę. Bo jak juz jest to może i znajdzie się jakaś, nie będzie musiał chodzić. Poza tym gdzie szukać żony jak nie w bibliotece, przecież tam same panie pracują. Idea była prosta. Tak zaczął swoją odyseję biblioteczny kasanowa.
Biblioteka dzieli sie na części. Jest część udostępniana czytelnikom, tam znajduja się bibliotekarki reprezentatywnie wystawione na widok. Jest część “techniczna”, czyli wszystkie opracowania gromadzenia i inne skontra. Tam znajdziesz panie przemądre i przemyślne. Jest też w końcu i część administracyjna gdzie pracują kobiety sukcesu. Jest też… o tym się nie mówi przecież głośno… jest też hades… magazyn. Tam znajdziesz najczęściej mężczyzn, którzy przyszli żon szukać i popadli w biblioteczną niełaskę. Teraz do końca świata sęp im będzie wątrobe wyjadał i między regałami stopę miażdzył.
Tak to wygląda z zewnątrz. Jednak nasz biblioteczny kasanowa przyjął taktykę zgoła inną. Postawił bibliotekę na głowie i tak z pozycji magazynu najlepiej mógł wszystko i wszystkich obserwować (od dołu, co kasanowie na rękę było), mógł snuć plan zaciągnięcia którejś z pracownic do ołtarz… po uprzednim zaciągnięciu jej do magazynu.
Szybki epizod z poczatku kariery, kiedy w czytelni przyszło mu ksiażki dozorować, nauczyl go dużo o umysłowości bibliotekarek. Bo postanowił zagrać w otwarte karty i przyszedł do lady, strój najlepszy ubrał i oświadczył, że żony szuka, a chętne kandydatki mogą się do niego zgłaszać w dowolnym czasie na rozmowę kwalifikacyjną, najlepiej z RMUĄ, odcinkiem wypłaty, zdjęciem swojej matki i wyciągiem z księgi wieczystej wskazującym na posiadanie mieszkania. Niestety oprócz konsternacji, nie odniosło to zbyt wielkiego skutku. Bezpośrednie rozmowy z wytypowanymi przez niego kandydatkami tak samo rezultatów nie odnosiły. Wszystkie jego komplementy odbijały sie niczym niemieckie pociski od pancernego pancerza czołgu Rudy 102. Podręcznikowe metody neurolingwistycznego programowania odbijały się od grubych denek bibliotecznych okularów, ciasteczka wchłaniane były bez skutków sercowych. Pozstało mu jedynie ponowienie swojego apelu wobec zebranej załogi czytelni i postawienie ultimatum z votum. I tutaj powinna skończyć się miłosna odyseja. Jedna z bibliotekarek poczuwszy drganie serca powinna zerwać się ze smyczy konwenansów i rzucić w ramiona młodego adepta bibliotekarstwa. Nie tak jednak bywa i nie tak tym razem było. Ultimatum razem z votum nie zostały docenione, ktoraś z tzw koleżanek doniosła do Olimpu, a młodzieniec zesłany został do Hadesu.
I teraz z mrocznych korytarzy oddolnie wypatruje swojej ofiary. Bo przecież zostały jeszcze 132 bibliotekarki pracujące w tym gmachu! To że nie chciało go tych 8, nie znaczy że inne się nie skuszą. Nawet zaktualizował swoje expose o to że nawet rozwódka i nawet panna z dzieckiem mogą mieć jeszcze szansę. Nawet poczeka na rozwód jeśli będzie taka konieczność.
No bo przecież był kiedyś taki jeden co moc miał nad kobietami, a był tylko bibliotekarzem. Wziął go nasz bohater za przykład i żyje z tym sam dalej. Nie tak jak Giacomo Casanova.
Przeczytaj też:
- Dziwny biblioteczny fetysz?
- Komiks, który wydarzył się naprawdę [47] - Biblioteczny Folklor
- Biblioteczny fitness - bierzemy się za siebie po świętach!
Tagi tego artykułu: bibliotekarz, Giacomo Casanova, miłość, żona

















arek
no tak ale Giacomo nie siedział w Hadesie choć też był samotny
20 lipca 2010 r. o godzinie 15:23 ()
aśka
Na litość boską, chociaż bibliotekarki niech nie robią błędów ortograficznych. Słownik chyba jakiś jest w bibliotece, a może nie? Bo skutki, a nie skótki widać!!!!!!!!!!!!!!!!!
2 sierpnia 2010 r. o godzinie 15:29 ()
librarian
Przyjemny, letni tekst. Pozdrawiam
3 sierpnia 2010 r. o godzinie 21:58 ()
aśka
Brylantowy pył.
Pochylona głowa. Jasne złoto, ozdobione platyną,przyprószone srebrem, perłą. Promień słońca. Huragan światła, gra barw, kolorów. Opalescencja. Błysk srebra, a potem przepych złota, i znów łagodna perła. Wibrowanie. Pulsowanie. Słońce tańczy, szaleje w jej włosach. Igra z tym bogactwem, bawi się milionem loczków, pierścionków. Ginie na chwilę w tunelach, korkociągach, biegnie, ogrzewa szyję . Dotyka , muska leciutko, znów chowa się i znika. I wybucha radośnie, a brylantowy pył rozświetla jej głowę. Aureola mieniącego się światła. Zapatrzenie. Zachwyt.
- Skończyłam – nieświadoma, że tak nagle, tak brutalnie przerwała tę feerię, tę baśń, tę magię , podnosi na mnie błękit, ten „rzęsami zakryty” znajomy błękit.
Kiedyś, dla żartu, wsypali jej we włosy dziesiątki skręconych kuleczek, z chusteczki higienicznej. Nie czuła, nie wiedziała, że tam gdzie miejsce dla pereł, prawdziwych pereł, tkwiły poskręcane kawałki papieru. Chciałem jej pomóc pozbyć się tej herezji, tej profanacji, ale kulki umykały, rozsypywały się, spadały głębiej w gęstwinę włosów. Podłożyłem dłoń, a wtedy miliony loczków, pierścionków oplotło mi palce. Uwięziło złotymi, srebrnymi obrączkami. A ja przecież miałem obrączkę, jedną i już żadnego prawa do innych. I jeszcze nozdrza chłonęły zapach kwiatów, ziół, lasu, łąki, wakacji, słońca. A dłonie zapamiętały.
Cyrkiel.
Walczyła z cyrklem. Dzielnie. Nie poddawała się. Przegrywała. Zaczynała od nowa. Z jeszcze większą determinacją. I znów przegrywała. Zmęczyła się. Widziałem. Nie mogłem jej przerwać, bo walczyła z własną słabością. I chciała ją pokonać. Chciała być silna. Chciała wygrać. Ale nie dawała rady. Spojrzała na mnie. Ciemniały jej oczy. Złość, zrozumiała, że musi już zrezygnować. Teraz może przyjąć pomoc. Moją pomoc.
Była cała rozgrzana, zmęczona tą walką, tym daremnym trudem. Czułem ciepło jej pleców, ramion, dłoni. I zapach, ten zapach, jej włosów. Sięgała mi pod brodę. Chciałem wtulić twarz w to wspomnienie słońca, lata, łąki, wakacji. – Opamiętaj się człowieku- wrzasnął mój głos rozsądku. A ona wtedy, gdy w mojej głowie jeszcze ten głos, ona wtedy zachwiała się, zatoczyła się i oparła całym ciałem na mnie. I nie wiem jak zdołałem utrzymać równowagę, ją i siebie.
I śmiałem się, śmiałem z tego rozsądku, bo i tak poczułem całe jej ciało na swojej piersi, a włosy rozsypały mi się na twarz, na oczy, na usta. Objąłem ją, zamknąłem w dłoniach, taką kruchą i lekką jak ptak i zawirowałem nią w powietrzu, jak sztandarem, sztandarem zwycięstwa.
20 października 2010 r. o godzinie 13:44 ()