Trafiłem niedawno na genialny felieton w szacownej gazecie New York Times, w którym autor narzeka na coraz bardziej hałaśliwe biblioteki. Jedni powiedzą, że wcale nie robią się głośniejsze, inni z kolei stwierdzą że faktycznie przybywa decybeli, ale to coś jak najbardziej normalnego i nie należy z tym walczyć. Jeszcze inni uznając fakt zaśmiecenia biblioteka hałasem będą utyskiwać, że oto nadchodzi koniec i świat się zawala. Zdania zawsze będą podzielone. Mi jednak podoba się jednak urok z jakim całą sprawę ujął Sung J. Woo w tekście : COMPLAINT BOX VOICES AND VOLUMES; It’s a Library, Not a Starbuck.
THE library of my youth, in Ocean Township, N.J., was a tomb of peace, where the only sounds were shuffles, whispers and the occasional shush -- delivered with an index finger crossing the lips of a bespectacled, cardigan-wearing librarian.
These days, at my local branch in Washington Township, N.J., I have to play an MP3 file in a loop -- a sound bite of a hair dryer blasting between my ears -- because without the white noise, I wouldn’t be able to think straight.
Pewnie też tak miewacie, że ciężko wam skupić się na pracy/czytaniu/pisaniu kiedy siedzicie w bibliotece, a obok ktoś słucha głośnej muzyki w słuchawkach, biblioteczna winda wydaje magiczny dźwięk “ping” co kilkadziesiąt sekund, trzaskają drzwi a bibliotekarze przy ladzie omawiają karierę braci mroczków (pisać należy z małą literą. zawsze). Jeśli mieliście tak kiedyś to zapewne odwiedziliście bibliotekę publiczną. Co tu się jednak oszukiwać, w pewnym sensie biblioteki te jak sama nazwa wskazuje - publiczne - są przeznaczone dla szerokiego grona odbiorców. Jeśli w sali siedzi kilkanaście osób to nie ma możliwości żeby nie było hałasu, nawet jeśli osoby te starają się być cicho. A jak książka wesoła to i pośmiać się bezwiednie człowiekowi zdarzy.
Trochę inaczej bywa w bibliotekach naukowych. Szczególnie tych oldstajlowych, gdzie czas zatrzymał się w połowie XIX wieku. Tam cisza jest stanem naturalnym. Tam nawet jeśli użytkownicy wydają jakieś odgłosy to tłumi je warstwa kurzu skutecznie chłonąca wszelkie akustyczne wybryki. Poza tym z zasady jest tam raczej niewesoło bo klientami są albo studenci, którzy muszą odbębnić swoją pańszczyznę do licencjatu/magisterki, albo tzw. naukowcy, którzy przychodzą tam w ramach pracy. Jedni ani drudzy nie mają się z czego cieszyć to i hałasu mało robią. A najczęściej jeszcze są te biblioteki niedoświetlone, krzesła niewygodne i myślimy tylko o tym żeby jak najszybciej zrobić swoją pracę i uciec jak najdalej od tej komory tortur.

Ok. Ale czy warto utyskiwać nad tym, że w bibliotekach coraz głośniej, że młodzież nie ta i podatki wysokie? Pewnie warto, ale to i tak nic nie zmieni. Może warto podejść do tej sprawy w sposób biblijny, jak z tą belką w oku i przyjrzeć się własnym grzechom akustycznym.
Zresztą jak zauważyłem już wiele razy, to bibliotekarze w wielu przypadkach są tymi hałaśnikami, którzy gadają, dzwonią, nucą i szmerają. Sam byłem świadkiem i adresatem sytuacji kiedy użytkowniczka podeszła do grupy bibliotekarzy i poprosiła czy nie moglibyśmy być ciszej bo nie może się skupić na pracy. Są też takie biblioteki w których uważny czytelnik chcąc nie chcąc dowie się z głośnych rozmów bibliotekarzy co dziś będą mieli na obiad, jak się czuje syn pani bibliotekarki i kiedy ostatnio miała wypróżnienie. Bywa. Więc nie możemy demonizować czytelników bo i my nie jesteśmy bez winy w tym hałaśliwym biznesie.
Kiedy więc kolejny raz będziecie robić “Shhhhhh” to zastanówcie się dwa razy nim wykonacie ten opresyjny akt. Pierwszy raz, nad tym kto jest dla kogo w tej bibliotece i czy warto walczyć z wiatrakami. Drugi raz czy nie powinniście zrobić tego samego wobec samych siebie.
A na cichą bibliotekę jest jeden jedyny przepis. Pusta biblioteka.
Przeczytaj też:
















Annette
Zgadzam się z ostatnim zdaniem - cicha biblioteka, to pusta biblioteka. Nawet ta naukowa. Bo studenci też potrafią nieźle hałasować, nawet wtedy, a raczej zwłaszcza wtedy, gdy, cytuję “muszą odbębnić swoją pańszczyznę do licencjatu/magisterki, albo tzw. naukowcy, którzy przychodzą tam w ramach pracy.” Bo w innych celach nie przychodzą.
29 lipca 2010 r. o godzinie 09:04 ()
wyssotzky
Ja tylko nie znoszę tego “szszszszszsz” gdy potężna maszyna ksero zagłusza nie tylko szeptanie, ale też myśli. Ale kseromaszyny chyba nie da się już w bibliotekach zwalczyć.
29 lipca 2010 r. o godzinie 16:28 ()
Iza
Tak, m.in. o ciszy w bibliotece pisałam w artykule “O odkurzaniu regulaminów w bibliotekach szkolnych” (Biblioteka w szkole” nr 4/2010). Czy warto o nią walczyć w czytelni za wszelką cenę? Pracuję w szkole i cisza w bibliotece to rzecz tak niespotykana, jak deszcz na pustyni
6 września 2010 r. o godzinie 22:51 ()
Iza
Tak, m.in. o ciszy w bibliotece pisałam w artykule “O odkurzaniu regulaminów w bibliotekach szkolnych” (Biblioteka w szkole - nr 4/2010). Czy warto o nią walczyć w czytelni za wszelką cenę? Pracuję w szkole i cisza w bibliotece to rzecz tak niespotykana, jak deszcz na pustyni
6 września 2010 r. o godzinie 22:52 ()