[Poniższy tekst jest kontynuacją opowiadania "Dział Zły"]
- Panie Maćku! Panie Maćku! Słyszał pan najnowsze niusy? – Lady Jolanta, kobieta w wieku rozpościerającym się pomiędzy schyłkową fazą dojrzałej młodości, a wczesnym okresem przekwitania, była jak zawsze przesadnie strojna. Nie podnosząc wzroku znad piłowanych rytmicznie pazurów zawyrokowała. – Nie wiem czy nie powinien się pan o posadę zacząć martwić, bo podobno mają być zmiany. Takie chodzą słuchy. A jak chodzą to znaczy że pewnie w końcu będą. I różnie może być.
- Po pierwsze n-i-e-n-a-w-i-d-z-e jak się tak odmienia moje imię. A te zmiany to ja wam już zafunduje stare prukfy. Oj ja już wam zaraz te zmiany zafunduję. – powiedział w myślach jednocześnie przywołując przyjemne ciepło drewnianego trzonka… uspokoił się – bajdełej, oby się okazał osikowy ten trzonek. Nigdy to nie zaszkodzi na te poczwary, wredne baby, mieć jakieś dodatkowe zabezpieczenie.
Na głos wyburknął jednak tylko „dzindbry’ i mignął blond poczwarze perfekcyjnie wyuczonym głupkowatym uśmiechem, bo jak mówi przysłowie – ogień zwalczaj ogniem. Czym prędzej czmychnął też w spokojne łono swego ciemnego zakamarka, który mieścił się pomiędzy regałem, ścianą, tyłem lodówki i pudłami książek do spisania.
Jego służbowe królestwo miało co prawda nie więcej niż dwa metry kwadratowe jednak było cudownie odosobnione i stanowiło jego ukochane refugium. Było biureczko, stare własnoręcznie naprawione krzesło obrotowe oraz coś na kształt służbowego komputera. O nim należy opowiedzieć trochę więcej ponieważ Maciej stwierdził niedawno, że jego stary służbowy gruchot najprawdopodobniej jakiś czas temu zyskał samoświadomość. Zapewne dużą rolę odegrał w tym: kurz, muchy, pajęcza sieć w kształcie ośmiokąta oraz jedna zdechła mysz, które najprawdopodobniej nadal znajdowały się wewnątrz jego zaspawanej (?!) obudowy tak jak je tam zostawił jego poprzedni właściciel – informatyk z ratusza, a obecnie pacjent więziennego zakładu dla obłąkanych. O tym iż z krzemowych drobinek narodziła się istota myśląca, świadczyć może choćby to, że pierwszą z świadomych decyzji komputera była zapewne ta o zamaskowaniu swojego skoku ewolucyjnego poprzez udawanie niedorozwiniętego 486 z 8 mb ramu. Na szczęście przezorni informatycy biblioteki (czyżby wiedzieli), nie zaopatrzyli go w połączenie z internetem, wiec jak na razie nic poważniejszego nie groziło cywilizacji ludzkiej. Wiele w tym wszystkim dociekań, jednak pewne zdarzenia w których brał udział edytor tekstu, drukarka i wskaźnik laserowy wielkiej mocy nie pozostawiają wielu wątpliwości. Niemniej komputer zwany teraz pieszczotliwie Skajnetkiem, służył głównie za odtwarzacz muzyki i urządzenie do drukowania podań o pracę.
Resztę kanciapowych preciosów uzupełniał był jeszcze radiobudzik odziedziczony po ochroniarzach, który poza łapaniem bułgarskiego radia narodowego manifestował swoją obecność główne charczeniem i nagrzewaniem się do czerwoności. Był też jeszcze i czajnik. Najcenniejszy przedmiot w jego refugium. Co prawda jakiś czas temu zaszedł kamieniem do tego stopnia, że zagotowanie wody trwa co najmniej piętnaście minut, jednak póki działał i woda nie zajeżdżała kamieniołomem, to komu to właściwie przeszkadza. Zdecydowanie nie miał na tym punkcie nerwicy natręctw, w przeciwieństwie do szanownych maszkaronów, które przynajmniej raz w tygodniu zalewały swoje czajniki raz to kwaskiem cytrynowym, raz to octem. A potem nie wypłukały nigdy ich porządnie i cuchnęły te ich kawki-herbatki niczym sfermentowana woda marki „Wisła” z Biedy.
Zrzucił torbę klepnął włącznik starego komputera, który służył mu obecnie jedynie za odtwarzacz płyt CD i jak co rano z szuflady wyciągnął płytę zespołu Guns’n'Roses „Apetite for Destruction”. Tytuł albumu idealnie pasował dziś do jego nastroju, a i teksty były przecież taaakie życiowe. Za chwilę Slash zaczął już wycinać swoje figle na gitarze, a Axel zaskrzeczał do ryku gitar i perkusji:
Welcome to the jungle,
It gets worse here everyday.
You learn to live like an animal
In the jungle where we play.
[...]
- Ha! Normalnie jakby chłopaki kiedyś tutaj pracowali – przemknęło mu przez głowę i korzystając ze sposobności, że obie hydry powinny być akurat daleko podkręcił głośność i rozpłynął się w refrenie przysłowiowo rozwaliwszy się na fotelu:
In the jungle,
Welcome to the jungle,
Watch it bring you to your knees, knees
I wanna watch you bleed.
[...]
- Panie Macieju! Na litość boską, oszaleć można! – Utapirowany łeb pani Marii i podniesione ręce świadczyły o bliskości zawału, zaś nieokreślona substancja rozsmarowana na twarzy o tym, że znowu wyżerała coś po cichu z lodówki i w takich właśnie kompromitujących okolicznościach stała się ofiarą dźwiękowego terroru.
A przecież plan działania powinien być teraz prosty. Jak ze scenariusza hollywoodzkiego filmu z gatunku gore. Tu i teraz pierwszy babsztyl powinien skończyć poćwiartowany siekierą w lodówce. Ułożony na trzeciej (jej) półce w lodówce. Głowa w dolnym pojemniku, bo się nie mieści. Z kolei Jolanta powinna zostać zadźgana na śmierć pilnikiem do paznokci, albo powinna zostać uduszona swoim własnym odciętym językiem. Ech wizje, wizje!
A z drugiej strony kto by pomyślał, że podręcznik z kryminalistyki (stojący na regale oznaczonym numerem 343.9) może być tak fascynującą i inspirującą lekturą na sobotni dyżur popołudniowy. Miał już nawet wybrane swoje ulubione uderzenia. Wszystko podobnie jak w zabójstwie, którego w afekcie dokonał Janusz Piechota z Poznania w 1997 roku. a o którym napisano w w rozdziale 4 na stronie 255, jako o wzorcowym przykładzie zabójstwa z użyciem siekiery jako narzędzia zbrodni. Tylko bez kochanka i libacji alkoholowej w tle. Na trzeźwo i z premedytacją. Pierwszy cios pod ukosem w miejsce gdzie schodzi się szyja i obojczyk. Anatomicznej nazwy nie pamiętał. Uderzenie niszczycielskie, ale nie śmiertelne. Drugi cios obuchem w klatkę piersiową i dopiero po chwili kiedy ofiara będzie już solidnie wykrwawiona, kończący cios w czubek jej wytapirowanej głowy.
Studia muszą się w końcu na coś człowiekowi przecież przydać. Pomimo tego, że nie umie sobie sam naprawić kranu, nie zbuduje sobie domu i nie wie nawet jak znaleźć prawdziwą pracę, to umie wyszukiwać informacje. Tylko jakoś przez te pięć lat nikt nie zdążył nauczyć ich jak zarobić na takiej informacji. No to on teraz sam, na dziko i bez mądrej rady nauczyciela, odkrył jak wykorzystać można zdolności zdobyte na studiach wyższych magisterskich, a pretensję, wysoki sądzie, proszę kierować do ministra szkolnictwa wyższego.
- Panie Macieju! Na litość boską, oszaleć można! – Wciąż wrzeszczący tapir wystający zza lodówki wyrwał go w końcu z błogich rozważań. – Kto to słyszał! Niech pan natychmiast te skandaliczne ryki wyłączy. Ogłupieć idzie!
- Już wyłączam pani Mario, już wyłączam – przekręcił potencjometr starożytnych głośników stłumił w sobie wyrywające się na zewnątrz demony, przez dłuższą chwilę przyglądał się leżącej przy biurku torbie po czym złapał oddech i dla odwrócenia uwagi zapytał
- Słyszała pani, że zmiany jakieś się szykują? – zagadnął – Pani Jolanta coś mówiła.
- Jola to wie pewnie tyle co w teletygodniu wyczytała.
- Czyli nic nie będzie?
- Ależ będzie, będzie – Maria wciąż jeszcze wycierała z twarzy resztki cukru pudru i kremu z napoleonki, które stanowiły nieme świadectwo jej słabości. – Wczoraj jak pan już wyszedł… a właściwie to czemu pan tak wcześnie wczoraj wyszedł z pracy, nie wiem czy to trochę nie przesada.
- Do dentysty, mówiłem przecież… – Maciek przeżył kolejne wewnętrzne załamanie moralne, będąc oskarżanym o uciekanie z pracy, przez największa łowczynię przedpołudniowych promocji w szmateksach.
- Nieważne, ale jak wczoraj pan tak wcześnie wyszedł to pojawił się u nas pan dyrektor i powiedział, że ma dla nas dobre wieści. – Maria doprowadziła się już do porządku i wytoczyła się zza lodówki – Powinien być nam pan wdzięczny bo kryłyśmy pana jak pan z pracy wcześniej wyszedł. Tak się powinno w pracy zachowywać. Tak właśnie.
- Jakie wieści pani Mario? – uznał że bezcelowe będzie udowadnianie kto tu jest prawdziwym złoczyńcą i postarał się wrócić do ważniejszych spraw.
- Nie wiem, ale pan dyrektor jakoś tak dziwnie się uśmiechał więc pewnie będzie chciał nam podwyżki wstrzymać… – tu głos jej się załamał, twarz zbladła, w oczach pojawiła się zapowiedź łez - … albo wczasów pracowniczych w tym roku nie wypłacą.
- Taa, i szaleństwo w bezcłowym przejdzie bokiem – pomyślał i jak zawsze nie odważył się powiedzieć tego na głos. Twarz pani Marii nagle jednak skamieniała, a usta zacisnęły w wąską szczelinę przez, którą wycedziła:
- Ale niech nie będzie tego tak pewny… bo ja z Jolą… i Związki…. Związki NIGDY na to nie pozwolą!


![Komiks, który wydarzył się naprawdę [64]- Milusińscy](http://pulowerek.pl/wp-content/uploads/2011/01/milusińscy-copy-679x10241-100x50.jpg)
![Komiks, który wydarzył się naprawdę [71]- Szósty zmysł](http://pulowerek.pl/wp-content/uploads/2011/03/szósty-zmysł1-100x50.jpg)
![Komiks, który wydarzył się naprawdę [101] - Pantoflarz](http://pulowerek.pl/wp-content/uploads/2011/11/pantoflarz-copy-752x10241-100x50.jpg)





Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Na tych samych warunkach 3.0 Polska