Biedroneczko leć do nieba… [Felieton Evy Scriby #33]

„Biedroneczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – to powiedzonko w kontekście podwyżek w Biedronce nabiera zupełnie nowego znaczenia. Bo teraz ci zawsze zrelaksowani, uśmiechnięci i wykonujący bezstresową, lekką (w przeciwieństwie do bibliotekarzy) robotę, pracownicy dyskontów będą mogli kupić tyle chleba ile zmieści się na wózku widłowym. Skandal! A my? Biedni bibliotekarze?

A my powinniśmy się wstydzić. Zazdrosnych reakcji. Dostali podwyżkę? Świetnie! Należy im się nawet więcej, bo praca to ciężka i niewdzięczna. A jeszcze nasłuchają się przez cały dzień od różnych frustratów i pijaków, przy których nawet najtrudniejszy klient biblioteki to łagodny pudelek. I chyba nie muszę przypominać, że koncern tak hojnie obdarzający swych pracowników gotówką i pakietami socjalnymi ma na koncie kilka procesów o warunki pracy właśnie.

http://www.ogrodowe.net/blog/wp-content/uploads/2012/04/biedronka.jpg

Problem niskich pensji w zawodzie nie jest niczym nowym. Twórca biblioteki Liceum Krzemienieckiego Paweł Jarkowski też dostawał najniższe uposażenie, ale tym się różnił od współczesnych, że nie skarżył się, a po prostu rzetelnie, z pasją i oddaniem wykonywał swoją pracę. I chyba właśnie ta pasja i identyfikacja z zawodem ochroniła go przed frustracją. Bo to jest możliwe i w sumie dość proste. Trzeba przestać się wstydzić swojej profesji, trochę poczytać Bibliotekarza, zajrzeć do Poradnika a może nawet Przeglądu. One nie gryzą, czasem nudzą, ale często można znaleźć coś ciekawego. A identyfikacja to pierwszy krok do tego, by nie oglądać się na innych a po prostu dobrze pracować. I wtedy łatwiej odbiera się odcinek z wypłatą. Nie lubię słowa misja, bo jak pisał prof. Wojciechowski – gdybym chciał misji, zostałbym misjonarzem. Wolę poczucie dobrze spełnionego obowiązku, a tego nie da się osiągnąć, kiedy tylko czeka się do końca zmiany.

Zmiany. Właśnie. Najlepiej zacząć od siebie. A jeśli bardzo nam ciąży działalność największej branżowej organizacji, będącej bardziej kwiatem do kożucha niż wizytówką zawodu, to może warto zacząć w niej działać? I metodą małych kroków zmieniać to, co na pierwszy rzut oka wydaje się monolitem? To jest możliwe, co wiem z własnego podwórka, bo jeszcze nie doświadczenia. Mam w otoczeniu osobę, która tam działa, wymyśla, wpuszcza swoją kreatywną energię i która uwierzyła, że zmiany są możliwe, nawet w instytucji, która wydaje nam się zastała jak bagno po zimie.

W tym roku ma odbyć się ponad 20 branżowych konferencji. Potencjał teoretyczny ogromny. Gdyby zebrać energię, z jaką będą się tam produkować i stresować prelegenci, to pewnie wystarczyłoby do oświetlenia akademika przez weekend. A może zamiast z wąskiego gardła finansowego biblioteki i od sponsorów wydobywać kasę na kolejne, po prostu się skrzyknąć i wyjść na ulicę? Dogadać się ewentualnie z kimś, kto też dostaje po tyłku i heja na Sejm? Idealizm? Może, ale dopóki się nie zbierzemy do kupy i nie zaczniemy krzyczeć zamiast szeptać to nic się nie zmieni, a kolejne ekipy będą uprawiać swoje legislacyjne origami mając nas głęboko gdzieś.

About the author

  • Marta

    Toczka w toczkę moja opinia. Dziękuję, pani Ewo 🙂

  • Annette ;-)

    🙂

  • Bardzo słusznie, zawsze można iść pracować do „Biedronki” zamiast katować się niewdzięczną pracą w bibliotece. 2000 brutto zarabialam po 35 latach pracy i co z tego? Takie są realia, przymusu pracy w bibliotece nie ma.