4 minuty na czytelnika [Felieton Evy Scriby #43]

Pogląd, jakoby praca w bibliotece polegała na czytaniu książek i dawała uprawiającym bibliotekarską profesję mnóstwo wolnego czasu, mimo całego wysiłku ze strony zawodowych miłośników woluminów, nadal ma się dobrze. Pół biedy, jeśli to ktoś nieznajomy, przelotnie spotkany, taką opinię o zawodzie wyraża. Gorzej, gdy z tych właśnie pobudek do pracy tej nowy nabytek się garnie.

http://farm3.staticflickr.com/2549/4019189287_56a068214a_z.jpg?zz=1

[zdj.  na lic CC: Providence Public Library @ Flickr]

I wydawać by się mogło, że to jakaś zaraza tych czasów – przekonanie, że bibliotekarz zamiast za rewers za myszkę chętniej łapie, by oddać się rozpuście serfowania po portalach plotkarskich. Otóż nie. W pierwszym zeszycie Przeglądu Bibliotecznego z 1928 roku Adam Łysakowski opublikował rozprawę o czasie pracy w bibliotece. Przyczynkiem do jej powstania było właśnie powszechne przekonanie o zawodzie. Napisał, że wzmiankowany „pogląd na pracę bibljotekarską żywią wszyscy niewtajemniczeni”, czyli tylko ci, którym dane było zajrzeć do magazynu i za drugą stronę lady, mogą wydać zbliżony prawdzie osąd o zawodzie. By przekonać „niewiernych”, że w bibliotece jednak się pracuje, a nie między półkami snuje, rozpoczął pomiary czasu pracy w bibliotece, w której pracował. Zastrzegł jednak, że takie pomiary nie mogą nigdy dotyczyć pracy twórczej, wymagającej „inwencji duchowej”.

Bardzo pouczający to tekst i jakby ciągle aktualny. Łysakowski pisze, że „bibliotekarstwo jak powszechnie wiadomo pracuje na ogół metodami rozrzutnemi, lubuje się w symbolomanji, pielęgnuje niejeden przesąd niecelowej, przesadnej drobiazgowości (…) zabierającej mnóstwo czasu, którego nikt nie liczy i nie żałuje”. Bibliotekarz nie skupiający się na szczegółach? Bez perfekcyjnego do bólu podejścia? Szaleństwo!

Stworzył Łysakowski zatem dość skomplikowany algorytm, by czas w bibliotece nie wyciekał niczym woda z sita i zalecił wykryć wszelkie „niekonsekwencje, powtarzania, zbędności”. Oczywiście rozumiał, że książki „to nie jest mechanicznie fabrykowany towar. Różne kategorje książek wymagają różnych działań i zabiegów”, które nie zawsze dają się ujednolicić. Obliczył jednak, ile przypada na poszczególne bibliotekarskie czynności, z których wynika, że obsługa czytelnika nie powinna zając więcej niż cztery minuty, przy założeniu, że oprócz pomocy bibliotecznej mamy do dyspozycji woźnego (który też przygotowywał książki do opracowania – wklejał ekslibrysy, pieczętował książki). Obecnie obsługa wydłużyłaby się zapewne – wobec braków kadrowych – do powiedzmy jedenastu minut. Skoro tyle trwa statystycznie rzecz biorąc stosunek seksualny, to dlaczego nie poświęcić tylu właśnie minut czytelnikowi – w pewnych przypadkach jest nawet szansa, że będzie bardziej wierny od kochanka.

Ciekawie podzielił Łysakowski czas pracowników biblioteki. Obok tego najbardziej służącego organizacji, jaką jest biblioteka, wyróżnił czas marnowany na czynnościach osobowych – dziś byłby to pewnie czas spędzony na rozmowach przez telefon komórkowy, np. z mężem o liście zakupów i planowanym obiedzie – oraz czas trwoniony na np. zbyt długie odpoczynki i – uwaga, uwaga! – rozmowy z kolegami. W sumie to nic odkrywczego, że bibliotekarz ma w bibliotece pracować, a nie o innych plotkować. „Tylko w źle zorganizowanej instytucji bibliotekarz wykonywa niekonieczne, zbędne dlań czynności uboczne” – napisał Łysakowski. Ile ich jest tych czynności ubocznych, to już każdy w swoim sumieniu winien rozliczyć. Najlepiej zacząć od poniedziałku 😉

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Pulowerek na FB