Bibliotekarze przygotowują się do Kongresu. „Biblioteka z wizją” ma zaowocować „Biblioteką pełną ludzi”. Toteż zainspirowana rokiem minionym staram się wychwytywać wizje rozproszone w medialnych newsach. Tradycyjnie sięgam po sprawdzoną, ogłaszającą na łamach swą bliską śmierć, prasę. Tym razem Edwin Bendyk, „kogniwojażer” – jak przedstawia się czytelnikom na swym blogu, zauważa, że coraz trudniej wygenerować ludzkości utopijną wizję idealnego, nowego ładu. No, cała ludzkość za to się nie zabierze, ale nawet miłośnicy futurologii jakoś się nie ujawniają. Publicysta dowodzi, że po prostu to, co kiedyś było fantasmagorią przyszłości, teraz jest tematem artykułów naukowych czasopism. Żyjemy więc w świecie spełniających się – z różnymi skutkami – utopii. Ponieważ dyskutowany teraz na nowo za sprawą ekranizacji „Kongres futurologiczny” Lema zdaniem bystrych obserwatorów rzeczywistości jest w stanie realizacji, nie bardzo wiadomo, co dalej.

http://mediacdn.disqus.com/uploads/mediaembed/images/363/5681/original.jpg

Brak utopii wiązać też należy z brakiem nadziei – objaśnia dalej Bendyk. Skoro przyszłość już nadeszła i wcale nieróżowa, to zostaliśmy z podciętymi skrzydłami („Polityka”nr 37, 11.09-17.09.2013). Sytuacja z tekstu piosenki autorstwa Jacka Cygana „…a nadzieja wyszła z domu, nie wróciła. Była, kochani, była…” (źródło cytatu: ludzka ułomna pamięć). W jakich pokładach i gdzie dokopać się nadziei? Z tym pytaniem na przyszłość każdy zostaje sam. Czy to znaczy, że na wszelki wypadek ludzi poszukujących nowych wizji powinno interesować wszystko? Choćby fakt, że założyciel Amazona, Jeff Bezos, kupił „The Washington Post”? Niezastąpiony dla osoby tak mało przyszłościowo zorientowanej jak ja Edwin Bendyk charakteryzuje „jednego z najbardziej utalentowanych przedsiębiorców cyfrowego kapitalizmu” w opozycji do ukochanego – chyba – przez bibliotekarzy sponsora Billa Gatesa. Otóż jeśli chodzi o Bezosa: „Daleko mu jednak do szczodrości Billa Gatesa”. Szkoda, bo dziennikarz „Polityki” przewiduje: „Jeśli Bezos zdoła wymyślić sposób na ożywienie »Washington Post«, wskaże przyszłość mediów” („Polityka” nr 34, 21.08-27.08.2013). Pora zacząć zachodzić w głowę, jakie to będzie miało znaczenie dla bibliotek? A może lepiej sobie odpuścić?

Przy nadmiarze lektury doniesień prasowych pojawia się wrażenie, że w kwestii projektowania przyszłości gonimy w piętkę. Do podobnych refleksji skłoniła mnie książka Andrzeja Cybulskiego pt. Pokolenie kataryniarzy. Publikacja, której wydanie drugie ukazało się w 1989 roku, mówiąca o studenckim ruchu kulturalnym Wybrzeża w PRL-u nie może i raczej nie musi liczyć na poczytność. Oprócz tego, co interesuje niedzisiejszą bibliotekarkę, pojawia się w książce wątek, który – śmiem przypuszczać – rozbawi i zastanowi szersze grono odbiorców. Otóż charyzmatyczny kierownik klubu studentów Wybrzeża „Żak” zawsze gotowy do pobudzania wyobraźni studentów zainicjował w 1966 roku ni mniej, ni więcej tylko Kongres Wizjonerów! Wydawało mi się, że spotkaliśmy się tam w minionym październiku… Andrzej Cybulski wyliczył wówczas, iż zaledwie 34 lata brakują do 2000 roku. Wyż demograficzny z lat 60. będzie wtedy kształtował świat. Frapowało go – co się wówczas ludziom objawi? Postanowił więc o to zapytać pracowników naukowych, studentów, młodzież szkół średnich w formie specjalnej ankiety. Następnie wizjonerzy w czasie dwóch dni kongresowych mieli skonfrontować swe projekty dotyczące 2000 roku w bezpośredniej dyskusji. Przewidywania respondentów i dziś, a może zwłaszcza dziś, są godne uwagi. Uczeń technikum wyprorokował: „Żyć będziemy według zasady: każdy sobie rzepkę skrobie”. Jedna z uczennic dorzuciła: „Pieniądze zostaną zlikwidowane”. Nic tylko ówcześni młodzi nie wspomnieli o tym, że transakcje bezgotówkowe nieźle zamieszają nam w budżetach domowych. Kolejne smaczki: „Ogólnych konwencji społecznych nie będzie – każdy będzie miał własną. Ideałów społecznych nie będzie – każdy dla siebie będzie ideałem. Prezydentem Ziemi zostanie maszyna elektronowa. Na innych planetach funkcje te spełniać będą podobne maszyny. Rolę teatrów, kin, domów kultury przejmą specjalne planety z aparaturą rozrywkową. (…) Całością pracy będą kierowały roboty, które staną na równym poziomie z człowiekiem”. Brzmi jakby znajomo, prawda? Tylko rozmawiamy o tym częściej w czasie teraźniejszym. „Ideałów społecznych nie będzie” – koresponduje to ze stwierdzeniem o deficycie utopijnych ale kreatywnych teorii. Na czym teraz skupiamy swą uwagę, gdzie koncentrujemy swoje siły? Uderzyło mnie jeszcze jedno przypuszczenie cytowanego przez Cybulskiego Janusza Monda, który w ’66 roku był sopockim licealistą: „Wszystkie dziedziny sztuki bronić będą człowieka przed technokracją i przekształcaniem go w bezmyślny automat” (Andrzej Cybulski, Pokolenie kataryniarzy, Gdańsk, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, 1989). Oj, bywali drzewiej licealiści!

Zapewne w zgodzie z ostatnią myślą z ulgą przyjęłam wnioski Wojciecha Orlińskiego, który swemu artykułowi w Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” z 14-15 września 2013 r. nadał podtytuł: Człowiek, który wie, o czym mówi, nie potrzebuje PowerPointa. Uff… Nieraz ta myśl świtała w głowie, ale wstyd było wypowiedzieć ją głośno. A tu proszę, jakie nieoczekiwane wsparcie i to od kogo! Spotykamy w artykule Orlińskiego tych samych bohaterów: Jeffa Bezosa i jeszcze jakżeby inaczej – guru wizjonerów – Steve`a Jobsa. Cytat, którego nie sposób sobie odmówić, choć wydłuża tekst: „Jedną z rzeczy, od których Steve Jobs zaczął ratowanie Apple, był zakaz używania PowerPointa na kierowniczych spotkaniach. »Chcę, żeby ludzie się angażowali w spór, wykładali kawę na ławę, a nie pokazywali slajdy«. (…) Prezentacji zakazał także w swojej firmie szef Amazona Jeff Bezos. Jego najbliżsi współpracownicy mają zamiast tego przygotowywać na zebrania sześciostronicowe pisemne stanowiska. (…) »Kiedy musisz się posługiwać pełnymi zdaniami i układać je w akapity, to wymusza klarowne rozumowanie« – wyjaśniał Bezos w wywiadzie”. Najwyraźniej potrzeba amerykańskiego wizjonera, by stara treść programów nauczania zyskała rangę nowej mądrości.

Wiemy już, co robić? Wizjonersko wyluzować. Poczekajmy na powrót nadziei w chwili spokoju. Teoretycznie za tą chwilą tęsknimy, więc dlaczego tak bardzo nas ona przeraża – chwila bez meblowania czasu przyszłego, który czasem zatacza koło. Andrzej Cybulski we wstępie rozdziału „Młody Gdańsk” intuicyjnie orzekł dowiedzioną obecnie przez neurologów i psychologów prawdę opublikowaną m.in. przez Davida Golemana, że nasz mózg nie przystosował się jeszcze do świata, który mu zgotowaliśmy. Czyżby nadszedł czas na krótki postój? Pokolenie kataryniarzy dawno przecież ogłosiło w programie Studenckiego Teatru Satyryków, iż „myślenie ma kolosalną przyszłość”. Konsekwencje tej sentencji niekiedy nas przerastają, co nie zwalnia nas z myślenia. Szczególnie o przestrodze sformułowanej przez Wojciecha Orlińskiego oraz tezie ucznia liceum sprzed blisko pięćdziesięciu lat: nie wierzmy ślepo w technologie. Wolę wysiłki w dążeniu do równowagi w świecie urzeczywistniającym do niedawna fantastyczne założenia niż bezrefleksyjny pęd naprzód, często wbrew nam samym, rzekomo w szczytnym celu – by żyło się lepiej.

Jan Hartman ogłosił z brawurową autoironią na łamach „Polityki” otwarcie sezonu kongresowego. Osobiście nie mogę się doczekać spotkania bibliotekarzy w Centrum Nauki Kopernik. Postaram się uważniej słuchać tych, którzy wiedzą, o czym mówią, a mniej przejmować się tym, że wciąż nie komunikuję się z czytelnikami za pomocą infografiki. I z pobłażliwością spojrzę na robota umilającego odwiedzającym stanie w kolejce do kas po bilety. Co on wie o, dajmy na to, gdańskim klubie „Żak”?

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Pulowerek na FB