Za oknem co prawda jesień, ale wielu z Was z pewnością dopiero wybiera się na wakacje, a niektórzy dopiero z nich wrócili, jak choćby piszący te słowa. Zatem chuchajmy i dmuchajmy na te ciepłe jeszcze wspomnienia, bo listopad już za pasem. A właśnie o wakacyjnej, komiksowej niespodziance chciałem dziś kilka słów napisać.

Ponieważ dziatwa moja coraz starsza i lada dzień przestanie tak łatwo odwiedzać różne miejsca za naszym przewodem, a do babci jeździmy na Warmię, doszliśmy w tym roku do wniosku, że czas pokazać miejsce, gdzie oręż polski (i litewski, i tatarski, i czeski, i Bóg jeden wie jaki jeszcze) swego czasu chwałą błysnął, że ho, ho. Tak, tak. Postanowiliśmy zaciągnąć niebożęta nasze pod Grunwald. A że było to miesiąc po rocznicy, zatem nie groziło nam niebezpieczeństwo napatoczenia się na kilka setek buchających testosteronem osiłków przybranych w kolczugi i okładających się rocznicowo mieczami, toporami, tudzież ostrzeliwującymi się z bombard.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojechaliśmy tam w pewne środowe wczesne popołudnie. Ponapawaliśmy się widokiem pól bezkresnych (przepiękne, serio), popatrzyliśmy na pomniki (podobają mi się wciąż, a gdy byłem dzieckiem i byłem tam po raz pierwszy, też zrobiły na mnie wrażenie), obejrzeliśmy ładnie zaprojektowaną mapę z rozstawieniem wojsk polsko-litewskich vs zakonne. Zadumaliśmy się nad faktem, iż nad polami łopoczą obecnie trzy flagi – polska, litewska i unijna. Ubawiliśmy się setnie, gdy nam się przypomniało, skąd pochodzili rycerze, którzy stali po stronie Krzyżaków i jakie państwa są założycielskimi UE. Po czym udaliśmy się do muzeum. Bo dzieciaki nasze (i my też) muzea (na całe szczęście) uwielbiają.

Dla tych, co pod Grunwaldem jeszcze nie byli – aby dojść do muzeum, trzeba minąć pomniki, a następnie obejść pagórek, w który toż muzeum jest jakby wkopane (jest schowane pod amfiteatrem).

Wychodzimy zza tegoż pagórka, a tu niespodziewanie witają nas wielkie płachty z całą (!) księgą o Tytusie, który w istocie zmienił przebieg bitwy grunwaldzkiej.

Choć sam nie przepadam za zbyt łatwym, bezrefleksyjnym przenoszeniem komiksów z jednego nośnika-kodeksu na ściany, budynki itp., przyznać muszę, że przyciągnął uwagę dzieci. Bo pomysł tyleż prosty, co bardzo trafny, a do dzieciaków zaciągniętych przez rodziców na jakieś pola bezkresne docierający od razu. A o to w tym przecież chodzi. Ekspozycja w środku podobała nam się, a myślę, że i dzieci wchodziły tam już pozytywnie dzięki Tytusowi nastawione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Papcio Chmiel popełnił ostatnimi laty kilka takich albumów, w których dzielni harcerze oraz uczłowieczający i uharcerzający się szympans biorą udział w wielkich bitwach i wydarzeniach historycznych. Jest to jakiś sposób na zainteresowanie dzieciaków historią, na zaznajomienie ich z ważnymi wydarzeniami w dziejach Polski (Europy i nawet Stanów Zjednoczonych). TVP nakręciła trzyminutowy felieton, w którym o tejże księdze się mówi (a mówi m.in. Michał Śledziński).

Tyle że dzisiaj starsze me niebożę odrabiało lekcje. I miało napisać list z wakacji. Zaproponowałem więc, by w liście tym do ulubionego kolegi wspomniał o Tytusie z Krzyżakami walczącym i łopoczącym na ścianie muzeum pod Grunwaldem. Na co usłyszałem – „ale nie wiem, czy on zna Tytusa”. Zdębiałem.

Ja rozumiem, że ktoś może nie znać pana Tadeusza.

Ale Tytusa?

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Pulowerek na FB