Odkąd zyskałam możliwość upubliczniania własnych przemyśleń w sieci – w formie dłuższej niż post – prześladuje mnie myśl opublikowana już (chyba) wiele miesięcy temu w „Gazecie Wyborczej” w artykule Roberta Siewiorka: „Internet jest wylęgarnią miernoty wrogiej kulturze i demokracji, ponieważ ignoruje parę kardynalnych prawd: 1) niewielu ludzi ma cokolwiek sensownego i oryginalnego do powiedzenia; 2) tylko garstka potrafi dobrze pisać; 3) większość zrobi niemal wszystko, by ich lubiano”.

http://farm6.staticflickr.com/5494/9353648064_b79e2cdf6e_c.jpg

[Zdj. na lic. CC: pennstatenews @ Flickr]

Wypisałam ją sobie ku przestrodze. Dość ostro powiedziane, ale coś jest na rzeczy. Nadmiar męczy. Coraz częściej spotykamy w mediach historie ludzi, którzy zdecydowali się na detoks. Porządkują swoją przestrzeń życiową z nadmiaru rzeczy zbędnych i uczą się codziennego funkcjonowania bez irracjonalnego przymusu gromadzenia, kupowania, komentowania, informowania, lajkowania, bycia trendy itp., itd.

Ostatnio tekst na ten temat zamieszczono w „Wysokich Obcasach” z 12 października 2013. Michał Zaczyński wyznał: „Mam na imię Michał i jestem niekupującym zakupoholikiem. To znaczy, nie kupowałem przez rok. No, prawie. Co mi to dało? Konflikt z przyjaciółmi i utratę wiary w cywilizację, ale za to większe poczucie własnej wartości”. Abstrahuję od tego, czego próbował nie kupować wicenaczelny „Fashion Magazine”, chodzi o pewien fakt. Człowiek co jakiś czas musi sprawdzić, czy kompletnie nie zwariował. A może zwariowała ta strona, która nakazuje się opamiętać?

Zacytowanie słów Siewiorka przez osobę piszącą cokolwiek to jak strzelenie gola samobója. Łatwo wyobrazić sobie rozkosznie zjadliwy wpis pod tekstem: jak się czujesz miernotą, to nie pisz. Mimo iż megalomania nie jest moją mocną stroną, nie zamierzam jeszcze popełnić harakiri i zamilknąć w sferze publicznej wymiany myśli. Sądzę, że ponure spostrzeżenia i kategoryczne decyzje wynikają ze zmęczenia odbiorców informacji. Postmodernizm ogłosił wyczerpanie literatury. Zastanawiam się, czy tą jesienną porą ktoś, tak jak ja, czuje się wyczerpany przetwarzaniem danych, z których większość de facto mnie nie obchodzi. Na interpretacje jednych jestem za głupia, inne za głupie są dla mnie. Poza tym, co robić z tym wszystkim? Nie wstanę rano i nie zwalczę światowego terroryzmu. No i gdzieżbym śmiała konkurować z szefem Pulowerka w misji zbawiania świata w ciągu jednego dnia w pracy? [redaktor Katarzynie została udzielona za to zdanie nagana służbowa z wpisaniem do akt, ostatecznie poddana została jednak amnestii po rozmowie dyscyplinującej i tekst idzie w całości :]- MR]

http://farm5.staticflickr.com/4003/4464892522_4d08c7f392_z.jpg

[Zdj. na lic. CC: brewbooks @ Flickr]

Bibliotekarze wiedzą, że w społeczeństwie informacyjnym radzi, co począć z natłokiem różnych wydarzeń, tekstów, komentarzy, infobroker. I tę umiejętność oferuje innym za odpowiednią opłatą. Na co dzień trudne i czasochłonne bywa to, iż trzeba samemu sobie być infobrokerem. Czyli najpierw przejrzeć, zarejestrować, dokonać selekcji według jakichś sensownych kryteriów, wykorzystać od razu lub zarchiwizować. Nawet jeśli ograniczyć się do kręgu zainteresowań gatunku homo legens, nie uniknie się wrażenia przesytu.

Literackie nagrody. Nie przeczytałam dotąd żadnego opowiadania Alice Munro, choć kilkakrotnie natknęłam się na zachęcające recenzje. „Morfinę” Szczepana Twardocha wolałam polecać czytelnikom. Wystarczy, że bezczelnie wypożyczyłam sobie „Wiele demonów” Pilcha. Brzmi już groteskowo, że nie znam powieści Joanny Bator. Cenieni twórcy odchodzą. Nie potrafię ze stuprocentową pewnością wskazać konkretnego tytułu Niziurskiego, czytanego ewentualnie w dzieciństwie. Za to bohaterki Chmielewskiej, Tereska i Okrętka żyją w mej czytelniczej pamięci.

Wszystkie te braki wynikają z tego, że odkąd opanowałam umiejętność cichego czytania ze względnym zrozumieniem, nie było wiele tych dni w życiu, w których bym nie czytała. Jednak nieoczytanie wciąż mnie dotyczy. Pytanie tylko, czy musi mnie dotykać?

Miejsce na newsy na stronie załatwia nam klawisz F5,wciskamy i świeża porcyjka ląduje na ekranie. Mózg z kolei robi nam łaskawie luki w pamięci operacyjnej, żeby zbyt duży odsetek populacji nie wylądował na kozetce u psychoanalityka. Tylko tego uczucia świeżości jakoś brak.

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Pulowerek na FB