Czy w bibliotece możliwa jest kariera zawodowa? [Felieton]

Moje najwcześniejsze wyobrażenie związane ze słowem „kariera” wiąże się z klasycznym amerykańskim (na wskroś kapitalistycznym) schematem „od pucybuta do milionera”. Potem, kiedy zacząłem już co nieco rozumieć z tego, jak działa świat, zauważyłem, że umiejętności, zapał i kreatywność, w (prawie) żaden sposób nie wiążą się z awansami na rzeczywistym rynku pracy.

ladder[Zdj. na lic C: Joelk75 @ Flickr]

Kiedy zacząłem pracę w dużej bibliotece uniwersyteckiej, już na samym początku pouczono mnie, że za trzy lata czeka mnie awans ze stopnia „młodszego” na pełnotytularnego Bibliotekarza. Potem, jak wszystko dobrze pójdzie, kolejne trzy lata, kolejne, kolejne i kolejne, aż w wieku około 35 lat osiągnę kres mojego rozwoju zawodowego, no chyba że będzie mi się chciało walczyć o stołki, choć w sumie to nie warto, bo dają ci 300 zł więcej, a dochodzi masa roboty papierkowej i obowiązkowych zebrań, narad i szkoleń (a i stołki są ograniczone, więc nie ma co się wysilać)

Nikt nawet nie zająknął się o tym, że trzeba być dobrym pracownikiem, wykazywać się kreatywnością, zaangażowaniem i chęcią zmiany rzeczywistości na lepszą. Nie musicie długo popracować w bibliotece, aby dowiedzieć się, że cechy te nie mają żadnego znaczenia dla waszej „kariery”.  Za to cierpliwość, pokora i umiejętności towarzyskie w tracie całego przebiegu waszej pracy okażą się kluczowe.

Jako akapit przerwy od narzekania chciałbym spróbować opisać, co rozumiem jako czystą formę kariery. Otóż… zatrudnia mnie firma, dostaję na początek niedużą pensję na okres próbny. Dostaję stanowisko, zadania do wykonania i jestem z nich rozliczany. Po jakimś czasie następuje weryfikacja mojej pracy. Zaangażowanie i staż powodują, że awansuję. Jeśli mam lepsze pomysły od innych, powoduję, że firma lepiej zarabia, przełożeni to doceniają i powierzają mi kierownicze stanowisko średniego szczebla, gdzie także poddawany jestem ocenie przełożonych i zarządzam zespołem. Z każdym stopniem dostaję podwyżkę, która motywuje mnie do starania się o kolejny awans…. i tak aż na sam szczyt, jeśli tylko jestem lepszy od innych i przyczyniam się do rozwoju mojego pracodawcy. (Bibliotekarze wzdychają, mrucząc pod nosem „Utopia!”)

Wracając do normalnego świata… na podstawie doświadczenia, obserwacji i licznych rozmów mogę stwierdzić, że coś takiego jak „kariera zawodowa” w bibliotece (przez duże K) nie istnieje. Oczywiście można awansować, co nie jest równoznaczne ze słowem na „k”. Biblioteki jako jednostki budżetowe mają sztywny i nudny schemat oparty o stopnie zawodowe, niejasne widełki płacowe i tradycyjny, sztywny, wypracowany okres przyznawania awansów w danej instytucji. Zróżnicowanie pensji jest znikome (100 zł brutto podwyżki przy awansie), a przejrzystość systemu płac co najmniej mglista. Jeśli połączymy to z olbrzymią instytucjonalną bezwładnością, otrzymujemy raczej mało dynamiczne miejsce pracy z bardzo nieefektywnymi mechanizmami motywacji pracowników.

Oczywiście są pewne jednostki, załóżmy, że na początku jakieś 25 procent osób, które zaczynają robotę w biblio. Chcą zmienić świat i postrzeganie bibliotek, mają pomysły i idee przyświecające ich drodze zawodowej. Rzucają się w wir pracy. Pracują, pracują, pracują i po kilku latach awansują tak samo jak ich koleżanki i nieliczni koledzy, którzy w tym czasie pili kawkę i plotkowali. No ale co tam, jest przecież Misja. Tak więc dalej pracują, tworzą, poświęcają swoją energię. Po kolejnym okresie w końcu (i znowu) awansują. O dziwo wszyscy pozostali, którzy pracują tak długo jak oni, także awansują jako przodownicy niezbędnego minimum i niewychylający się nigdy pracownicy-drony. I wtedy u części z tych 25% populacji zaczyna zapalać się w głowie światełko. Więcej chyba nie muszę wyjaśniać poza tym, że zawsze zostanie 1% tych, którzy pomimo wszystkiego, wbrew wszystkim, bez wygód i wymagań, za głodową pensję, w duchu ascezy… ale tacy są zawsze i cieszmy się, że choć oni odnaleźli szczęście.

Coby jednak nie być tak całkiem pesymistyczno-cynicznym, z całą pewnością mogę stwierdzić, że o ile kariery zawodowej w bibliotece raczej nie zrobimy, to jest to najlepsze z możliwych miejsc na rozwój osobisty. Nazwijmy go na potrzeby tego tekstu „karierą osobistą”. Dostęp do książek, względnie stabilne środowisko pracy, praca przy komputerze, relatywnie niski poziom stresu i niewielka odpowiedzialność. Dzięki temu możemy zaangażować się w naukę języków obcych naraz, nauczyć się dekupażu, spędzać każde popołudnie na aerobiku. Możecie nawet założyć małą spółdzielnię składania długopisów, czasu wam nie zabraknie. Biblioteka to miejsce, w którym nie musisz zabierać pracy ze sobą do domu, a często wręcz odwrotnie – za ladą zapada nuda. No i mamy czas na życie osobiste, rodzinę, pogadanki z przyjaciółmi i przesiadywanie na obiadkach u cioci. Świetna sprawa, bo mało gdzie mamy możliwość zadbać o rozwój osobistej kariery, a w sumie to chyba jest po stokroć ważniejsze niż stołki i kasa! I dlatego (tutaj następuje niespodziewany zwrot akcji) praca w bibliotece bije na głowę wszystkie inne zawody.

Dziwny wyszedł mi ten felieton i może bić od niego jakaś negatywna energia, ale na zakończenie mogę tylko napisać, że każdy niech odnajdzie swoją drogę i niezależnie od tego, czy postawi na karierę zawodową czy osobistą, niech mu będzie dobrze i niech wierzy w to, co robi. Póki starczy sił.

…a na zakończenie zakończenia przypomnę inną rzecz, która dość często przewija się w rozmowach bibliotekarzy różnego szczebla: „przecież nikt nie każe ci tutaj pracować…”.

About the author

Założyciel portalu Pulowerek.pl. Bibliotekarz z łapanki, który jednak już się tutaj trochę zadomowił… Po kilku latach pracy nadal nie pojmuje idei MARC21, ale za to doskonale zrozumiał komiksy z Dilbertem i ma głowę pełną bibliotecznych absurdów. Oprócz pracy w bibliotece prowadzi własną firmę, kolekcjonuje filmy SF, a kiedy tylko może podróżuje po świecie.