Wołanie o literaturę środka [Piątkową porą #14]

Nowy rok skłania do nadrabiania zaległości, uzupełniania braków. Stąd zapewne różne apele dobiegające z różnych stron i środowisk. Ostatnio pisałam o apelu organizacji „Biblioteki bez granic”, który dyskutowany był przez francuskich bibliotekarzy. W naszej prasie głos w sprawie: „Kto może być w Polsce pisarzem?”. W Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” z 11-12 stycznia 2014 r. pięcioro dziennikarzy – Anna Dziewitt-Meller, Remigiusz Grzela, Joanna Laprus-Mikulska, Grażyna Plebanek, Katarzyna Tubylewicz – uznało, że czas docenić we właściwy sposób literaturę popularną, gdyż póki co Alice Munro nie miałaby u nas szans

http://farm3.staticflickr.com/2493/5711384169_7bf6205115_b.jpg

Pisała o tym Kaja Malanowska na stronach „Krytyki Politycznej”. Tę publicystyczną wypowiedź autorzy uznali za wartą zacytowania a jej tezy za godne upowszechnienia. Dołączamy do jej apelu, domagając się przy tym więcej miejsca w mediach na recenzje książek (najwyższa już pora, aby „czwarta władza” wzięła na siebie część odpowiedzialności za promocję czytelnictwa w kraju), prowadzenie poważnej dyskusji o literaturze, w której unika się prostego szufladkowania autorów i autorek oraz zwykłego obrzucania inwektywami, za to pogłębia wiedzę czytelników na temat różnorodności literatury (także tej gatunkowej). 

Chyba w tej dyskusji nie powinno zabraknąć głosu bibliotekarzy, którzy, śmiem twierdzić, są predestynowani do roli moderatora takiej debaty i gwaranta jej rzeczowości, bo znają upodobania nie tylko własne, ale wielu czytelników. Ponadto bibliotekarze wiedzą, że czytelnicy nie stanowią jednolitej grupy i nie tylko system biblioteczny dzieli ich na kategorie, ale także ich osobiste czytelnicze potrzeby. Trudno nie przyznać racji stwierdzeniu autorów, iż: Rzemiosło w fachu pisarskim jest w Polsce uparcie deprecjonowane na rzecz poszukiwania wieszcza. Kiedy przegląda się recenzje, wywiady z pisarzami w czołowych tygodnikach opinii i dziennikach czy na ich portalach internetowych, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że cała para idzie w promocję literatury mainstreamowej. Mówiąc po polsku, częściej dywagujemy o utworach uznanych twórców, których krytyka uznaje za reprezentantów współczesnego kanonu literackiego.

A człowiek na co dzień wieszcza nie potrzebuje. Żadne to objawienie, ale tzw. oczywista oczywistość najczęściej przecież jest pomijana. Najczęściej niesłusznie. Otóż czytanie paradoksalnie nie musi być wysiłkiem intelektualnym czy ćwiczeniem umysłu. Czytanie to forma rozrywki, która tak jak każdy inny jej rodzaj pozwala odetchnąć od bieżących spraw, wyłączyć się na chwilę. Czasem to lek na bezsenność, na głupotę oferty telewizyjnej, na nudę, na samotność, na chorobę. Czytanie bywa przecież heroiczną próbą samodzielnej zmiany nastroju na lepszy. Tego nie zrobi za nas kabaret odświeżany w TV. Ludzie nie oczekują ogłupiania ani uwznioślania na siłę. Zatem niezmiernie ważne jest to co pośrodku.

Intuicja bibliotekarki i czytelniczki podpowiada mi, że z literaturą popularną jest jak z bibliotekami. Ani literatura środka ani biblioteki nie potrzebują współczucia. Tylko wsparcia. Tak jak biblioteki nie muszą udowadniać, że są ważne dla ludzi niezależnie od tego, czy nazywa się je „trzecim miejscem” czy centrum informacji lokalnej, tak nie trzeba wielkich teorii i uzasadnień dla istnienia tzw. dobrych czytadeł. W Polsce jednak sztuka dyskutowania jest towarem deficytowym. Retoryka nie jest naszą mocną stroną w dyskursie publicznym. Łatwiej nam grzmieć z ambony niż uczciwie mierzyć się z racjami rozmówcy. Zresztą my planując „dyskusję”, często nie zakładamy cudzej odpowiedzi. Dyskusja, polemika to jest nasze zdanie. Kropka. Dlatego choć przemawia do mnie inicjatywa autorów apelu, sceptycznie odnoszę się do jej realizacji.

W razie czego włączcie się jednak do dyskusji. Mądrość bibliotekarzy nie może się zmarnować. O literaturze nie muszą mówić tylko autorzy i krytycy. Osobiście cieszę się, że każdy do łóżka czy do wanny potrzebuje innego rodzaju lektury. I proszę nosa nie wściubiać w moje łóżko. Natomiast o różnorodność na rynku książki trzeba dbać. W związku z tym zainteresowały mnie publikowane na Pulowerku rozmowy Rafała Wójcika z wydawcami komiksów. Okazały się pouczające.

Nakłoniona przez Pana Pulowerka zaglądam na profile facebookowe francuskich bibliotek. Bardzo często można na nich zobaczyć reklamę wydarzenia związanego z komiksem albo ciekawe informacje na temat twórców komiksów. Od kilku już miesięcy Bibliothèque nationale de France intensywnie promuje wykłady, spotkania dla dzieci, konkursy związane z wystawą zatytułowaną Astérix à la BnF !, która trwa od 16 października 2013 do 26 stycznia 2014. Komiksy w bibliotece z całą pewnością uatrakcyjniają jej ofertę. Ale dlaczego zamiast spokojnej analizy sytuacji już na dzień dobry lekko protekcjonalny ton? Wydawca Paweł Timofiejuk w odpowiedzi na ankietę Rafała Wójcika stwierdza: Moim zdaniem biblioteki nie spełniają obecnie swojej kulturotwórczej roli. Większość z nich zamawia książki, które sprzedają się masowo i kierowane są do masowego czytelnika, w ten sposób dociera do stałego grona czytelników – głównie starszych pań. 

Rozumiem, że można być rozczarowanym postawą niektórych bibliotek wobec propagowania komiksów i udostępniania ich czytelnikom. Dlaczego jednak od razu nawiązywać do niemiłego i dla niektórych krzywdzącego stereotypu? Dlaczego jakaś sytuacja panująca w bibliotekach nie może być potraktowana jako informacja, z której można coś wywnioskować, tylko od razu czyni się z niej zarzut? Starsze panie też muszą mieć co czytać i nie jest to wcale przykład na niedorozwój bibliotek. Może najpierw spróbujmy się do czegoś nawzajem przekonać. Nie czuję się zachęcona do rozmowy ani o komiksach, ani o literaturze środka, jeśli zaczyna się ona od wygłaszania potępień i krytyki. Jednak w wypowiedziach wydawców komiksów przeważają uwagi wyważone i cenne dla niezaznajomionych z tematem i to się liczy.

About the author

  • Jak biblioteki mają zaopatrywać się w pozycje nie masowe skoro maja związane ręce zamówieniami publicznymi, a żaden dostawca nie jest w stanie zapewnić wszystkiego

  • Rafał Wójcik

    Czy ktoś pisał artykuły na ten temat, zwracał uwagę (mediów, opinii publicznej) na ten problem?

  • Małgorzata Sobol

    Ok. to ile osób sięgnie po np. Alice Mundro, a ile po S. Kinga, czy Grochole ? Rachunek jest prosty. Biblioteki na ogół kupują to na co jest popyt. To o co proszą ją stali czytelnicy 😉 Nowi przecież głosu nie mają

    • Rafał Wójcik

      @magorzatasobol:disqus Biblioteka ma dwie funkcje (ma ról do spełnienia więcej, ale tu o dwóch) – jedna niewątpliwa – dawanie czytelnikom tego, czego chcą. I tu się zgadzam – popyt jest ważny. Ale druga to kształtowanie jakiś gustów, podsuwanie nowych lektur. Co zresztą może generować jakieś spotkania okołolekturowe. @Qń – z jednej z strony rozumiem, a z drugiej nie rozumiem zwalania wszystkiego na przetargi. W przywołanych rozmowach z wydawcami pojawia się wątek osób z bibliotek, które kupują np. podczas targów. Przecież na to nie jest potrzebny przetarg. Wydaje mi się, że zadaniem bibliotekarzy jest znalezienie furtek, dróg, które umożliwią im robienie różnych zakupów. Tylko muszą chcieć i mówić o różnych kuriozalnych przepisach głośno.

      • Małgorzata Sobol

        Wiesz z moich obserwacji widać jakie jest zainteresowanie np. spotkaniami autorskimi w zależności od tego jaka osoba jest na nich przestawiona czytelnikom. Jeśli jest to ktoś, kogo twórczość cieszy się popularnością np. Ewa Nowak, czy Jarosław Kret -> sala pełna. Gdy znowu przychodzi do promowania poetów, lokalnych historyków, innych bardziej niszowych osób z prewencją bywa rożnie. Działają w końcu różne kluby czytelnicze w których prowadzi się dyskusje. Raz o czymś w górnej półki, a raz z tej średniej. Tylko już z takich inicjatyw nie każdy korzysta, bo np. ja (a jestem bibliotekarką) nie lubię dyskusji o literaturze. Wychodzę z założenia, że albo coś mi się podoba, albo nie i nie muszę o tym dyskutować, a czytam najróżniejsze książki pod względem gatunku, jak i tematyki 😉 A są i czytelnicy, którzy uparcie trzymają się jednego przedziału i ile razy chcesz im coś choć trochę lepszego lub innego podsunąć to wzbraniają się jak nie wiem co ! Po prostu nic na siłę. Niech ludzie czytają co chcą i jak chcą byle by czytali, a tylko od nich samych zależy ile na tym skorzystają i czy się rozwiną pod wpływem lektury. A o przetargach to można esej zrobić 😉

        • Rafał Wójcik

          Zgadzam się, że nic na siłę (choć innych rzeczy wymagałbym od bibliotek publicznych – miejskich itp., a innych od naukowych).

          • Gosia

            M. Sobol (problemy z logowaniem)

            Dokładnie 🙂 Ja nie mogę np. zrozumieć czemu moja placówka decyduje się na zakup
            drogich publikacji naukowych z których w ciągu roku mało osób skorzysta bo często są wypożyczane raz, czy drugi, a następnie studenci ich nie oddają lub
            „giną”, a za ta kasę można było by kupić choćby wspomniane komiksy, czy coś
            innego co mogło by być ciekawe, a przy takim rachunku finansowym odpada. Od 
            podręczników i wydawnictw naukowych powinny być biblioteki naukowe i niech one
            dbają o to by ich użytkownikom nie zabrakło wszystkiego czego im do szczęścia
            trzeba. Natomiast szkolne biblioteki moim zdaniem mają największy wpływ na 
            kształtowanie gustu, bo przeważnie w wieku nastu lat pojawiają się pierwsze
            wyraziste zainteresowania literacki np. w postaci kryminałów, czy literatury podróżniczej, fantazy. Zawsze mnie uczono, ze biblioteka nie jest dla
            bibliotekarzy tylko jej użytkowników, a więc księgozbiór nie powinien być
            naszym widzimisię tylko odpowiadać gusta czytelniczym. Optymalnie było by by
            znalazło się w niej wiele różnych nawet najbardziej niszowych wydawnictw, ale 
            skoro większość osób przy wyborze książek decyduje się za sprawą poleceń
            znajomych, nowinek wydawniczych, to trudno jest potem przywrócić drugie „życie”
            zapomnianym autorom i literaturze. I tak Hemingway stoi i się kurzy…

          • Rafał Wójcik

            Zgadzam się.

        • aga

          Jarosław Kret?!No błagam!Od kiedy jest twórcą literatury?Jakiejkolwiek?

          • Małgorzata Sobol

            No może przykład niefortunny, ale J. Kret pisze książki podróżnicze. Tak czy siak, jest wydawany 😉

      • Katarzyna Nowicka

        W „Rejsie” już mawiano: „zgadzam się z przedmówcą” oraz „przejdźmy od słów do czynów”. Jestem zwolenniczką kierowania się zasadą złotego środka. Całe szczęście, że biblioteka ma te dwie zasadnicze funkcje do spełnienia. Bez którejkolwiek z nich nie byłaby chyba biblioteką. I jestem też za głośnym mówieniem o sprawach absurdalnych. I dyskutujmy, bylebyśmy nie dorównali debacie sejmowej w sprawie odwołania ministra Arłukowicza 😉