Bibliotekarstwo nie kryje w sobie zbyt wielu tajemnic, nie jest mistyczną drogą do oświecenia, nie otwiera drzwi do tajnych zakonów i stowarzyszeń. Co mają zrobić osoby, które nagle po kilku latach pracy uświadamiają sobie, że może wcale nie czeka ich życie Indiany Jonesa ani tej jakjejtam pani bibliotekarki z filmu Mumia. Po pierwsze jak zaleca jeden z najlepszych poradników na świecie: „Don’t Panic” – nie ma sytuacji bez wyjścia, a jeśli wyjścia rzeczywiście nie ma to… w każdej sytuacji znajdziemy kilka plusów… no ale jeśli nawet plusów nie znajdujecie w swoim położeniu to nie jest powód do rozpaczania – wystarczy pomyśleć, że w starożytności do pracy w bibliotekach zatrudniano niewolników i eunuchów. Macie gorzej? Wątpię.

8983750_366f3b658c_b[Zdj. na lic. CC: Sarcasmo @ Flickr]

Wypalenie zawodowe, znudzenie codzienną rutyną, wykonywanie tych samych bezsensownych czynności dzień po dniu – to nie są wymówki żeby się od razu się nad sobą użalać. To problem dotykający praktycznie każdego, w którymś z momentów jego kariery zawodowej. Nie jesteście w tym względzie wyjątkowi i nie szukajcie specjalnych względów. To jest chyba po prostu wpisane w cykl pracowniczego życia.

Co dalej? Jeśli mimo wszystko nie możecie przezwyciężyć egzystencjalnego „fuj” i metafizycznego „ble”, gdy myślicie o pracy to znaczy, że słabo wybraliście i tylko wasza w tym wina. Z wyborem pracy jest trochę (a nawet bardzo) jak z wyborem żony/męża. Na początku zawsze jest pięknie i fajnie, potem następuje jeden z dwóch wariantów: zaczyna nas wszystko wkurzać, okazuje się, że niewiele zainteresowań nas łączy i nie mamy o czym pogadać, oczekiwania i wymagania obu stron znacząco się rozjeżdżają. Albo jeśli wybraliśmy dobrze – wszystko jest nadal pięknie i wspaniale jak w disnejowskiej baśni.  W życiu to się nazywa miłość do kogoś/czegoś, a w pracy powołanie. Fajnie jak w obu przypadkach występuje ono w naszym „związku”, ale znane są liczne przypadku udanego funkcjonowania związków bez wielkiej miłości i prawdziwego powołania.

Jak to zrobić? Niczym prawdziwy nju-ejdżowy guru rzeknę Wam: Szukajmy w pracy okruszków szczęścia, a nie oczekujmy od razu tortu. Nie starajmy się na siłę sobie samym udowadniać, jaka to wspaniała praca, ponarzekajmy czasem, upuśćmy trochę pary. Nauczmy się patrzeć na świat z humorem i dostrzegać chwile kiedy wszechświat puszcza do nas oko. Nabierzmy dystansu do siebie i pracy. Cieszmy się życiem pozabibliotekarskim kiedy w pracy się nie układa, a życiem bibliotekarskim kiedy w prawdziwym świecie nie wszystko jest na najlepszym porządku.

… a na zakończenie jeszcze jedna tybetańska mądrość:  wolicie siedzieć za ladą i narzekać z herbatką w ręku, czy stać w kolejce w Urzędzie Pracy i narzekać bez herbatki w ręku?

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.
Pulowerek na FB