Multitasker? To bibliotekarz! [Piątkową Porą #44]

Nowe dla mnie słowo odkryłam w artykule Roberta Siewiorka Frajerzy ery Twittera opublikowanym w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej z 21-22 marca 2015 r. Nim autor wyjaśnił obszernie, co cechuje multitaskera już mi zaświtało: wielozadaniowiec to przecież bibliotekarz.Ta cecha bibliotekarza stała się tak banalna w autocharakterystyce branży, że żadnym odkryciem nie jest. Ale chyba zaczyna być problemem. Robert Siewiorek wytrwale tworzy nawigację, która ma naprowadzić nas na drogę powrotną do zdrowego rozsądku. Kwestii, jak nie zgłupieć stając wobec wymogów świata technologii, podporządkowane są jego teksty prasowe. Wielozadaniowiec znaczy frajer? Niby jesteśmy z siebie dumni, a nasze samozadowolenie zawodowe powinno sięgać zenitu, ale właśnie teraz czas rozejrzeć się za kołem ratunkowym. Bo nikt go nam nie rzuci, sami musimy po nie sięgnąć.

378256_de97b166fb_o[Zdj. na lic. CC: Steve Jurvetson @ Flickr]

Neurologia przychodzi nam w sukurs. Dobrze znać czasami wyniki osławionych amerykańskich badań, jeśli tylko nie dotyczą one wpływu Księżyca na rozwój dorożkarstwa w Chinach. Poza tym dziennikarz Gazety Wyborczej szuka wszędzie mądrych ludzi i naukowych tez nawołujących do opamiętania, mamy więc przykłady z prac europejskich uczonych. Co zatem ma nas przystopować i skłonić do rezygnacji z robienia wszystkiego naraz? Brak skuteczności i sensu działań, a w rezultacie brak zadowolenia z tego, co robimy. Model geniusza wzorowany na Napoleonie nie jest możliwy do naśladowania w rzeczywistości, którą możemy sobie rozszerzać. Jednoczesne pisanie listu, wydawanie rozkazu i obmyślanie strategii choć imponuje, do cudu nie doprowadzi.

Z czego jednak ma zrezygnować bibliotekarz, zwłaszcza w małej bibliotece publicznej? Kiedy jest sam, sformułowanie „cedowanie obowiązków” musi go rozśmieszać. Czego nie robić? Konkursu recytatorskiego, wystawy fotograficznej, questu, akcji promującej czytelnictwo, rajdu, nocy w bibliotece, spotkania autorskiego, warsztatów rękodzieła, pikniku historycznego, zabaw animacyjnych, szkoleń komputerowych, odnawiania regałów, aktualizowania strony internetowej, wysyłania tekstów do prasy lokalnej, zajęć dla przedszkolaków, kupowania i opracowania książek, szkoleń dla bibliotekarzy, czytania Pulowerka, prowadzenia profilu biblioteki na portalach społecznościowych, współorganizowania dożynek (przykład z życia wzięty!), pisania projektu, wypożyczania, remontu, mycia po sobie kubków? No właśnie… a wszystko przecież z myślą o użytkownikach, o mocnych argumentach w dyskusjach z radnymi i z frajdy, że dajemy radę, że dzieje się, że nowocześnie jest.

Powyższe pytania mają szansę doczekać się od nas samych sensownych odpowiedzi pod warunkiem, że nie staniemy się „niewolnikami rzeczy nieistotnych” – jak nazywają wielozadaniowców naukowcy z Uniwersytetu Stanforda [Ponad 100 sposobów na pamięć, Warszawa, Agora SA, 2015, s. 114]. Chyba popadam w niewolę świata internetowego, w którym, co mocno podkreśla Siewiorek, „chaos tworzy złudzenie bogactwa”. Tak, zdarzyło mi się rozmawiać przez telefon i odpisywać na maila. Kiedy kilka tematów zainteresuje mnie na profilach fejsbukowych, kliknę w linki odsyłające do źródeł i … najczęściej żadnego nie przeczytam do końca. Przed zaśnięciem przesuwają się pod moimi zamkniętymi powiekami karty przeglądarki, a okna powiększają się same  bez klikania w przycisk powiększ. Pracuję w ogromnym trudzie i rozproszeniu uwagi na cyfrową demencję?

Ale przecież bibliotekarze przyzwyczajani są do zawodowego życia w sieci i zachłystują się wychwytywaniem newsów, nowych trendów w funkcjonalności bibliotek, branżowych akcji, programów. Mam się teraz wycofać? Wypaść z obiegu? Tyle dzięki temu udało się wyłowić pożytecznych informacji. Tylko co dalej z nimi zrobiłam? Z pewnością nie każda przełożyła się na jakiś konkret. Neurolodzy cytowani w tekście Frajerzy ery Twittera alarmują, że przeciążamy mózg, zmieniamy jego strukturę i w nic nie angażujemy się stuprocentowo. Czyli wracamy do dowcipu z brodą – o pracowniku biegającym z pustą taczką, bo nie ma czasu załadować.

Robert Siewiorek nawiązuje także do konkluzji z książki Myśl jak Sherlock Holmes Marii Konnikovej. I tu pojawia się termin dobrze bibliotekarzom znany: selektywność. Żeby nie powiedzieć – selekcja. Muszę  skupić się wyłącznie na bibliotekoznawczym znaczeniu selekcjonowania. Co z tego, że zobaczę jeszcze jedno zdjęcie pięknego budynku biblioteki na FB, skoro regały pękają w szwach, współpracowniczki grożą strajkiem (niestety, nie włoskim), co prawda są już tablety i ciągle się uczymy, i szkolimy, ale trzeba zadbać o rzeczy najzwyklejsze. O takie nudne bibliotekarskie sprawy. W sprawozdaniu z działalności biblioteki selekcja nie brzmi dobrze, zwłaszcza w uszach nie czytających radnych. A tyle dobrodziejstw przyniesie w zwykłym codziennym dniu. Zostawimy laptopy i skoncentrujemy się na książce. Bo to musi być przemyślane działanie.

Reasumując: urlop od zbawiania świata dla każdego bibliotekarza! Jeśli popsujemy sobie mózgi wkręcając w nie źle pojętą misję, milion spraw i pracoholizm „ku czci”, co wtedy stanie się ze światem? Jestem tak zdekoncentrowana, że nie potrafię sobie tego wyobrazić. Choć wielozadaniowości też żal: czy można bardziej kreatywnie bimbać w pracy niż pod osłoną wielu ekranów?

About the author