Pesymistyczny felieton przed Dniem Książki

Jutro będziemy obchodzić Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, ale żeby nie psuć nikomu jutrzejszej celebracji, to dziś postanowiłem podzielić się swoimi pesymistycznymi przemyśleniami w temacie książki. Oczywiście to tylko jedna strona medalu, bo mam też bardzo wiele pozytywnych przemyśleń, jednak na potrzeby dzisiejszego tekstu nie będę starał się być obiektywny. Nie ma co. Książka ma się nie najlepiej i to na wielu poziomach. Jutrzejsze święto to świetna okazja, żeby przypomnieć (po raz kolejny i kolejny) te najbardziej uwierające nas sprawy…

3623933301_945498e3f7_b[Zdj. na lic CC: lamont cranston @ Flickr]

Jako aktywny czytelnik, na dodatek czytelnik technologiczny (konsumuję książki także, a już raczej głównie z kindla i ipada), jestem oczywiście zasmucony kwestią cenową na rynku. Nie chodzi mi o lobbowanie za jakimiś durnymi „cenami minimalnymi”, ale o koszty przeciętnej książki, które są manipulowane są przez dystrybutorów i innych szarlatanów. Co ciekawe w ciągu kilku ostatnich lat w zastraszający sposób staniały koszty druku (wiem to z doświadczenia wydawniczego), a książki z pewnością nie staniały. Jest pewną formą choroby to, że ciągle wydłuża się droga od wydawcy do czytelnika, a kolejni pośrednicy dokładają kolejne cegiełki prowizji i marży. Ktoś na tym zyskuje i nie jest to ani autor, ani czytelnik.

Sprawa nie wygląda lepiej w kwestii ebooków, które nadal nie mogą uzyskać rozsądnie niskiej ceny detaliczne (a 23% vat nie jest dla tego wystarczającą wymówką). 49zł za ebooka – bo tyle kosztował w momencie premiery jeden z wyczekiwanych przeze mnie e-tytułów? WTF! 29 zł – wciąż za dużo… 19 zł trochę lepiej, ale nadal zbyt wiele dla osób które naprawdę czytają książki (czyli pochłaniają przynajmniej 3-4 książki miesięcznie). Przy naszych zarobkach najlepiej gdyby cena ebooka wynosiła magiczne 9,99 zł.  W rzeczywistości oscylować powinno to gdzieś na poziomie 12-15zł za nowego ebooka (np 12,99 zł) i to byłaby cena, że tak powiem „salomonowa”. Nie oszukujmy się jednak, że tak będzie w najbliższym czasie… chyba że na rynek wejdzie duuuuży monopolista-detalista }:-]

Jedynym rozsądnym obecnie rozwiązaniem są systemy subskrypcyjne takie jak Legimi, które za rozsądną cenę dają dostęp do rozsądnie dużego i rozsądnie obudowanego nowościami katalogu wydawniczego… Ale to nie miało być o pozytywnych stronach rynku – zostawiam to na optymistyczny felieton 🙂

Co mnie jeszcze martwi odnośnie książki na naszym rynku? Oczywiście wiele takich rzeczy, które martwią nas wszystkich – spadający poziom czytelnictwa, niedostateczne finansowanie kultury, niskie pensje w sektorze książki… Książka nie ma się najlepiej, jednak mój pesymizm jest dość stonowany bo nie ma co szat rozdzierać że ludzie nie czytają tyle co dawniej. Niestety cywilizacja się zmieniła, a w naszym przypadku lata 90te pogłębiły pewne negatywne procesy (które zostały także nasilone przez zmianę mediów i technologi codziennego użytku).

Aby pesymistyczne podejście było odrobinę bardziej pozytywne czekam na pierwsze sensowne badania nie tylko tego „ile książek czytają rodacy”, a takie które pójdą głębiej i przedstawią ile znaków/informacji (zdań, liter, znaków, postów, newsów, maili, tweetów etc) przyswaja dziennie człowiek i jak to wygląda w porównaniu do dawniejszych, analogowych zachować czytelniczych (i co z tego dla nas wynika)

Podsumowując to kiedy siadałem do pisania tego felietonu, wydawało mi się, że jest o wiele gorzej niż wyszło kiedy zacząłem sobie to przelewać na e-papier. Także… do usłyszenia po pozytywnej stronie medalu już jutro.

About the author

Założyciel portalu Pulowerek.pl. Bibliotekarz z łapanki, który jednak już się tutaj trochę zadomowił… Po kilku latach pracy nadal nie pojmuje idei MARC21, ale za to doskonale zrozumiał komiksy z Dilbertem i ma głowę pełną bibliotecznych absurdów. Oprócz pracy w bibliotece prowadzi własną firmę, kolekcjonuje filmy SF, a kiedy tylko może podróżuje po świecie.

Leave a Reply