Jak czytanie wyprowadza w pole [Piątkową Porą #46]

W skrajnie zmiennych warunkach pogodowych przyjmujemy do wiadomości fakt, iż trwa teoretyczna wiosna. Jak poucza fraza roku laureatki plebiscytu „Srebrne Usta”: Sorry, taki mamy klimat. Skoro jednak chwilowo nie musimy się martwić o zapasy soli drogowej, ryzykujemy wyjście z książką na powietrze. Nie mogę napisać, że „zaklinamy rzeczywistość”, bo sam Redaktor Naczelny Pulowerka skradł mi to określenie już na początku kwietnia pisząc o czytaniu w plenerze. Bibliotekarskie portale mamią wizją łatwego szczęścia, na profilu Salon du Livre de Paris opublikowano receptę: Wiosna +dobra książka = moment doskonały. No i właśnie dążenie do doskonałości w tym momencie nieodparcie kojarzy mi się ze sławną sceną filmową, dosadnie piękną.

swir

„Dzień świra” uzmysławia, że wygodne siedzenie na kanapie z książką w dłoni kosztuje masę zachodu, ale na zewnątrz też czeka nas nierówna walka. Najczęściej podejmuję ją w jakąś pogodną niedzielę (do licha w dzień święty muszę spróbować odpocząć!). Gazeta czy książka? Jedno i drugie. Sypią mi się z rąk, bo zabieram jeszcze okulary przeciwsłoneczne (biel kartki w słońcu jest torturą) i telefon, żeby orientować się, która godzina. Klnę, gdy okulary zsuwają mi się z głowy, kiedy zmieniam domowe kapcie na klapki wyjściowe. Okulary nie pękły, wychodzę.

Gdzie usiąść? Na ławce, na huśtawce ogrodowej, bardziej w słońcu, bardziej w cieniu? Najlepiej jednak przy drewnianym stole, bo na nim położę to, czego w danej chwili nie czytam. Kawa by się przydała. Pies już szczeka, bo sądzi, że przyszłam z ciastem i bezczelnie się nie dzielę. Kot zjawił się w tym samym celu, to znaczy nie po to, żeby szczekać, ale na wszelki wypadek się obrazić. Trzeba wstać i iść zrobić kawę. Przy okazji zabiorę coś do notowania. Paskudny nawyk spowalniający tempo lektury wyniosłam ze studiów: jeśli czytam, wynotowuję co lepsze. Notuję też, bo jak tylko czytam, to potem nie pamiętam. Kawa. Albo coś zimnego. Zakładam książkę smartfonem, bo zakładka się zapodziała.

Wracam z kawą. Wiatr rozsypał mi gazetę. Zbieram płachty stron. Głupi kot zaraz umoczy wąsy w mojej kawie. Pies szczeka. Nie zdążyłam mu wyjaśnić, że ciasta nie ma. Uwaga, rozkoszuję się lekturą. Owady też lubią książki czarnodrukowe. Zdmuchuję humanitarnie mikroskopijne, latające coś. Paskudztwo trzyma się mocno, trzeba machnąć ręką. Piana na ustach! Kartka już się nieco poplamiła. Grrr!! Tym razem to nie pies. Chwila spokoju, łyk kawki z filiżanki. Ożeż! Już się coś utopiło! Dorzucam do tego mięso!! Przekleństwo przejściowo koi. Czytam. Ciepło, miło, śpiew ptaków, zapach kwiatów. Zamyślam się, więc przestaję czytać. Jakoś tak skupić się nie można.

W zwariowanym świecie wystarczy chwila błogostanu, by człowiek wyrwał się z pytaniem: ojej, a która to już godzina? Na ekranie telefonu oczywiście nic nie widać. Kiedyś szukało się zasięgu, teraz odpowiedniego konta nachylenia, by ujrzeć ikonki cuda dotykowego niełatwego w obsłudze zimą (rękawiczki!) i wkurzającego latem (bo trzeba czule osłaniać dłonią, by coś zobaczyć). Książka zsunęła się z kolan, a nie zaznaczyłam, gdzie skończyłam czytać! Twardo na tej ławce, trzeba było kocyk sobie położyć. Ok, chociaż wychwycony wcześniej  interesujący wywiad przeczytam w spokoju. Mąż zlitował się i przyniósł czekoladę. Mmmm… Osa! Do diabła! Słońce świeci góra dwa dni, a te już brzęczą nad uchem! Sio!

Na słońcu czekoladka się topi, zbyt ciepło się robi (z tego roku może nie będzie takich wspomnień), przenoszę się w cień. Dreszcze jakieś przechodzą. Tu zawsze czuć podmuch wiatru. Przydałaby się bluza. Czy ja znowu muszę wstać? Wejść do domu? Przemierzyć czterdziesty siódmy raz schody, by wyjąć z szafy coś cieplejszego? Prościej zwinąć kramik czytelniczy i zanieść go do środka już na dobre.

Z ulgą rozsiadam się na kanapie. Zaczynam tęsknić za zimowym grzańcem, brakiem owadów i długimi wieczorami. Tymi, podczas których marzę, by wreszcie wyjść z domu i się dotlenić. Tak cudownie przecież złapać dwie sroki za ogon: dotleniać płuca i mózg jednocześnie. Sobie i wszystkim Wielbicielom Lektury Pod Chmurką życzę stosownej aury i odrobiny szczęścia!

About the author

  • tey

    Piękny opis plenerowych zmagań w towarzystwie książki. I bardzo życiowy. 😉

    Ja tylko tak nieśmiało wypomnę:
    „konta nachylenia” – kąta 😉

    • Katarzyna Nowicka

      Prawda. Nie tylko ekran telefonu bywa dla mnie niewidoczny. 🙂 Może za dużo myślę o koncie bankowym? 😉