Są biblioteki, w których w wakacje zaczyna się prawdziwy „młyn”. Są także takie w których życie zamiera, funkcjonowanie przechodzi w tryb „stand by”. Tym właśnie różni się biblioteka akademicka od biblioteki publicznej i o tym dziś kilka zdań.

Biblioteka Akademicka[Zdj. na lic CC: William Murphy @ Flickr]

Biblioteki Akademickie osiągają pełne obroty zazwyczaj trzy razy do roku i wtedy jest prawdziwy kocioł (początek roku, sesja zimowa, sesja letnia i to wszystko). Z kolei biblioteki publiczne żyją w ciągłym oblężeniu, każde święto, każda większa okazja (a w Polsce jest ich kilkadziesiąt w skali roku: dzień babci, dzień dziecka, dzień strażaka, 3 maja itd. itd.) jest równoznaczna z najazdem hord wygłodniałych czytelników, którzy żądają z naszej strony nie tylko dostępu do książek, ale też atrakcji, fajerwerków i występów artystycznych. Tak się już utarło w społeczeństwie i do tego przyzwyczailiśmy świat.

Co na to Biblioteka Akademicka?

Wakacje w bibliotekach akademickich to jedna wielka przerwa urlopowa. 3/4 stanu osobowego ucieka na wolne. Znam osobiście osoby, które biorą półtora-dwa miesiące wolnego (nie wiem jakim cudem, ale mają tyle wolnego, że ich na to „stać”). I nikogo to nie dziwi i nikomu nie szkodzi, bo i tak nie ma co zasadniczo robić. Musi zostać tylko kilka osób, żeby włączyć (i zgasić) światło oraz odkurzyć komputery.

W bibliotekach publicznych sytuacja urlopowa nie jest aż tak różowa. Połowa załogi na urlopie (co by się nie działo przecież są wakacje), wszyscy chcą „książkę na plażę”, władze oczekują programów „aktywizujących” i najlepiej jeszcze jakieś weekendowe „pikniki z książką”. Roboty jest dla odmiany 2 razy więcej, załogi połowa,  prosta matematyka.

Bibliotekarze[Bibliotekarze Bibliotek Akademickich czekają na czytelników| zdj. na lic. CC: Cindi @ Flickr]

A teraz wyobraźcie sobie że pracuję w bibliotece uniwersyteckiej i wszyscy poszli na urlop. Z ośmioosobowego działu zostałem w pracy tylko ja, 15 komputerów i 300m2 pustej powierzchni. Od dwóch tygodni nie widziałem czytelnika. Podobno ktoś ma się pojawić w tym tygodniu.

… i pozdrowienia dla zapracowanych braci i sióstr z bibliotek publicznych 🙂

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.