Dyskrecja w czytaniu [Piątkową Porą #48]

Wreszcie elektroniczny gadżet nie odziera nas z prywatności, ale, przeciwnie, pozwala ją zachować. Co to takiego? Pospolity e-czytnik. Na profilu Paryskich Targów Książki zamieszczono link do tekstu, w którym ogłasza się eksplozję pobrań powieści erotycznych w formatach przeznaczonych na czytniki. W metrze, pociągu, samolocie, parku czytamy sobie nie obnosząc się z okładką i tylko ewentualny niezdrowy rumieniec może nas zdradzić. Tak, trafnie się domyślacie, zjawisko zrodziło się w Stanach Zjednoczonych. Francuzi deklarują, że u nich rozwija się dość nieśmiało. Jeśli niebawem ogłoszą wyższość win kalifornijskich nad burgundzkimi i dodatkowo Francuzi zostaną zdeklasowani w dyskretnym czytaniu perwersyjnych opisów czy raczej opisów perwersyjnych gustów, to… piosenka „La parisienne” brawurowo wykonywana przez Zaz straci na aktualności. Przy takich danych statystycznych trudniej bowiem uwierzyć, że dla dziewczyny marzącej o byciu femme fatale przepustką do świata paryskiej elity staje się obsesja seksu. Nie traćmy jednak nadziei, w następnych akapitach rzeczonego artykułu sytuacja jawi się jako rozwojowa.

Close Read [Zdj. na lic. CC: Jens Schott Knudsen @ Flickr]

Jako kolejną przyczynę popularności literatury erotycznej w wersji elektronicznej wymienia się fakt, iż większość jej autorów została odrzucona przez tradycyjne wydawnictwa i swój pisarski żywot przeniosła do sieci. Trudno nie skojarzyć, że czytnik ułatwia nam też sekretną lekturę grafomanii. To dobra wiadomość dla tych, którzy lubią pisać – tak definiuje się grafomanów. Powstała nawet publikacja, która pozwala nam trafić na najbardziej smakowite „literaturopodobne” kąski. Więcej szczegółów w tekście Olgi Drendy „Autorzy nieskromni” – „Polityka” nr 28, 8.07-14.07. 2015. Ponieważ grafomani nie próżnują, premier udoskonalonych wersji Kindle`a z jeszcze większą pojemnością pamięci nie zabraknie.

Wydawcy podkreślają również, iż powieści, najczęściej ciągnące się seryjnie niczym morderstwa, taniej produkować taśmowo w formie e-booka. Ponadto przywiązani do serii czytelnicy nie mają cierpliwości by czekać na wydanie papierowe. Niekiedy nie czekają nawet na tłumaczenie i czytają wersję oryginalną. Pewnie bez straty przyjemności w impresjonistycznych opisach przyrody. Naturalnie prawdziwość zjawiska sprawdzono na niezastąpionych „50 twarzach Greya”. Wydawca francuski odnotował 423 000 egzemplarzy kupionych na czytniki. Zamiast śledzić rankingi książek wakacyjnych, lepiej od razu zacząć dobrze się bawić i kupić w formacie MOBI dziełko „Trawka brzuszkowa” przywoływane w artykule Olgi Drendy. Prawda, że intrygujący tytuł?

Co kraj, to obyczaj. Brazylia ekscytuje się innym pomysłem wydawniczym, który jest przedstawiany jako przykład inteligentnego marketingu. Wydawca drukuje książki, które są jednocześnie biletami uprawniającymi do podróży metrem. Filmik promocyjny ukazujący ideę przedsięwzięcia naprawdę pozytywnie nastraja. Sprawdźcie. Okładki książek inspirowane są planem stacji metra, format bardzo poręczny, bo w okładce umieszczony jest bilet, który skanuje się, przechodząc przez bramkę. Pasażer siłą rzeczy staje się czytelnikiem. Jego bilet nie tylko pozwala mu wsiąść do pociągu, ale też uchroni przed nudą w czasie jazdy. Jednakowoż niewielu Polaków skorzystałoby z takiego rozwiązania… Zwłaszcza że nowe linie metra rekordowo długo się budują. Dużo można przeczytać w tym czasie i nie tylko w Warszawie.

Francuzi tworzą też marketingowe mariaże książki z winem. Księgarnia i winiarnia komponują kartę, w której obok książki jest dobrane do jej klimatu wino, bądź książka dobrana do charakteru wina. Mniam. W Polsce ostatnie dyskusje na łamach „Gazety Wyborczej” przenoszą nas w przaśny świat półanalfabetów, którym czytać nie chce się nawet za darmo. Nie ulega wątpliwości, że za książkę, wino i bilet należy zapłacić. U nas wszystko stoi na przeszkodzie: niskie zarobki, struktura społeczna, brak dobrych nawyków, brak metra i miłość do dialogów z filmu „Rejs”: „-Ma pan bilet? -Skąd. – A pan ma? -A skąd mam mieć. – To wchodzimy.” Bo jak informuje jeden z pierwszych kadrów – zbliżenie na okienko kasowe: „Biletów brak”.

I gdzie ta przepustka do elity czytających? Bohaterkę piosenki drażni fakt, że nie pijąc, nie biorąc narkotyków, nie będąc schizofreniczką, nie może – biedactwo – snobować się na przedstawicielkę paryskiej bohemy. Większości rodaków nie razi  i nie drażni nieoczytanie. Mówi się o nim – mimo długoletniej kampanii „Cała Polska czyta dzieciom” – jak o cesze charakteru, a nie o braku nawyku. (Przykład zasłyszany, czyli mama o synu: on jest taki, że nie lubi czytać.) Snobować się też niewielu ma ochotę. Po co się wywyższać? My mamy jedyną w swoim rodzaju tendencję do równania w dół. Należałoby jak najszybciej ją wyeksportować – trudno się poszczycić bardziej ambitnym wyzwaniem dla inteligentnego marketingu. Przynajmniej grafomani sobie radzą.

About the author