Jak tu się określić? [Piątkową Porą #49]

Nie jestem bibliotekarzem, bo nie legitymizuje mnie stosowny dyplom, tylko podyplomówka.

Nie jestem bibliotekarzem, bo bibliotekarz tylko siedzi i owija (nie w bawełnę, tylko we folię).

Nie jestem bibliotekarzem, bo ludzie nader często mylą go z psychoterapeutą, a do bycia psychoterapeutą mam jeszcze mniej predyspozycji niż do bycia bibliotekarzem.

Nie jestem bibliotekarzem, bo zbawianie świata notorycznie mi się nie udaje, a tak między nami… coraz częściej grzeszę myślą, żeby sobie to odpuścić (sic!).

Nie jestem bibliotekarzem, bo zdarzają mi się kłopoty z otwartością na wszystkich ludzi pod słońcem (nie mam tu na myśli uchodźców, ziomale sami doskonale potrafią zarazić człowieka nietolerancją – taką odmianą alergii). Czynnik ludzki niekiedy mnie nokautuje, w związku z powyższym staję się czynnikiem ludzkim nie do zniesienia.

Nie jestem bibliotekarzem, bo nie koją mnie rzekomo typowo biblioteczne zjawiska „cisza i spokój”, zalegające niczym mgła w ponad 8 tys. bibliotek publicznych w Polsce, od Bałtyku do Tatr i od Odry do Bugu (są ludzie, którzy święcie w to wierzą, tzn. w biblioteczną ciszę).

https://mrlibrarydude.files.wordpress.com/2013/09/screen-shot-2013-09-05-at-10-29-41-pm.png?w=585

Nie mam czasu być bibliotekarzem, ponieważ jestem niechcący menedżerem eventów (scenariusz, goście, stroje, catering, zaproszenia i … już można promować czytelnictwo); bywam osobą decyzyjną, o którą dopytują telemarketerzy wszelkiej maści (decyzje osoby decyzyjnej sprowadzają się do tego, czy rozłączyć się, czy też poddając się terrorowi nagrywanej w trosce o klienta rozmowy odpisywać jednocześnie na służbowe maile); jestem 1/3 administratora profilu biblioteki na Facebooku i 1/3 dostarczyciela tzw. kontentu na jej stronę domową; jestem sekretarką i szefem tej sekretarki (piszę, drukuję, opieczętowuję, podpisuję i wpinam do segregatorów różne papiery – kiedy sekretarka się pomyli, sama siebie opieprzam). Tu uczciwie wypada nadmienić, że kawę robią mi koleżanki, bo są empatyczne. Po prostu wystarczy, że sobie na mnie popatrzą…

W międzyczasie, bez którego żyć się nie da, tworzę Bardzo Ważne Dokumenty ku czci Litery Prawa (regulaminy, zarządzenia, sprawozdania i raporty), rozmawiam z główną księgową, która etatowo ma dla mnie kilkadziesiąt minut dziennie codziennie, przy okazji snuję wizje (rozwoju biblioteki oczywiście). Dużo czasu zabiera mi stres i przekonanie samej siebie, że wiem, co czynię. Hasło sympatycznych filmików reklamowych propagowanych przez Program Rozwoju Bibliotek inspiruje mnie do puenty: to wszystko można zrobić w bibliotece! W której chyba z definicji nie powinno mnie być… A przecież większość z nas zwariowała po to, by uzasadnić potrzebę istnienia bibliotek dla niewiele czytającego społeczeństwa.

Otwierają się wciąż nowe perspektywy, więc przyszłość, jak zawsze, jest różowa. Na przykład warto jeszcze zostać youtuberem promującym książki, o czym entuzjastycznie donoszą przyjaciele znad Sekwany [tutaj]. Gdyby ktoś nadal twierdził, że jego osobowość jest nudna i miałka, a tożsamość zawodowa mało wielowymiarowa, nie powinien wcale zwracać się o poradę do specjalisty. Wystarczy zatrudnić w bibliotece psa. Skoro pies może współpracować z policjantem i terapeutą, to z bibliotekarzem na pewno też. O dziwo, bibliotekarzy francuskich zaciekawiły amerykańskie pomysły. W szkołach publicznych w Chicago psy towarzyszą uczniom podczas nauki czytania. Ich obecność pomaga dzieciakom skoncentrować się na tekście, bo mogą czytać zwierzakom na głos. Portal actualitte.com zdecydował się zatem ogłosić, iż pies zastępuje psora w nauce czytania. Zatem zapraszamy na głośne czytanie do bibliotek dzieci i labradory. Chociaż jedno mi się zgadza – mam psa. Nie wiem, czy będzie chciał się obudzić rano, by pójść ze mną do pracy. Nie tylko kot spogląda na człowieka z ironią…

About the author