Biblioteka, głupcze! [Piątkową Porą #50]

Dlaczego nie dodać sobie animuszu i nie pozwolić sobie na odrobinę nonszalancji? Parafraza nośnego hasła ukutego w nieustannie podziwianych Stanach Zjednoczonych jest sprawdzonym sposobem na nagłówek prasowy a może nawet na tytuł poradnika z zakresu rzecznictwa. Z takiego poradnika mogliby skorzystać słusznie zniecierpliwieni bibliotekarze walczący z ostatnimi bastionami troglodytyzmu (po co komu biblioteka).

http://gclibrary.commons.gc.cuny.edu/files/2014/03/Conan-the-Librarian.jpg

Magda Jethon, szefowa radiowej Trójki, w jednym z wywiadów wyjaśniała, że na prywatną ekstrawagancję trzeba zapracować. Jej się to udało, dlatego nikt nie patrzy na nią przez pryzmat różnokolorowych pasemek włosów, lecz liczy się z jej kompetencjami. Biblioteki przeżywają swój dobry czas, bibliotekarze mają powód na przeżywanie czystej satysfakcji. I też mogą sobie pozwolić na brawurę, a przynajmniej przyznać się do tego w głębi swej bibliotekarskiej duszy.

Skoro w tysiącach bibliotek publicznych bibliotekarze zmaterializowali inne hasło amerykańskiej kampanii wyborczej: Yes, we can! – znaczy to, że są lepsi nawet nie tyle od Obamy, co od dobrze sobie znanych, prominentnych przez zasiedzenie i z wielu, niekoniecznie powszechnie rozumianych, względów Bardzo Ważnych Osób. Nie składają obietnic bez pokrycia, niezależnie od mniej lub bardziej sprzyjających warunków działają. W polskiej bibliotece można robić coś „bezkosztowo” i nie marudzić.

Bibliotekarz nie buduje prestiżu zawodowego trzynastką, lexusem w garażu, epatowaniem rodziny podczas świątecznych spotkań opowieściami o ekskluzywnych delegacjach, pobytami w spa i życiem all inclusive, nie uprawia propagandy sukcesu, bo promuje czytelnictwo. Nawet, kiedy umie i chce się chwalić faktycznymi dokonaniami, zdarza mu się spotykać z obojętnością.

http://biblioteka.pelplin.pl/wp-content/uploads/2014/01/MUZ7877.jpg

Jednak coraz więcej małych bibliotek ma wśród społeczności lokalnej status Magdaleny Jethon. Ludzie czują, że robi się dla nich coś wartościowego, stają się bardziej otwarci na niekonwencjonalne pomysły. Działa to w obie strony, bo zmotywowani życzliwością odbiorców bibliotekarze zyskują energię do wprowadzania zmian. Można zatem mówić ładnie i fachowo o budowaniu marki biblioteki publicznej. Jednakże ostatnio wolę się dystansować od merkantylnych i marketingowych określeń. Zwłaszcza że to przecież opcja „non profit” budzi dużo większe zaufanie społeczne i daje jakieś poczucie bezpieczeństwa w świecie zawłaszczanym coraz bardziej na powierzchnię reklamową. Bywa teraz tak, że niedoszłym partnerom, nie wykazującym chęci do współpracy z bibliotekami, można powiedzieć: ja was do szczęścia nie potrzebuję, raczej wam potrzebna jest biblioteka. Jeśli ktoś nie miał wcześniej ściślejszego zakresu współpracy ze szkołami, teraz pewnie odczuwa zmianę w nastawieniu do biblioteki. Priorytet ministra edukacji nakazujący zadbać szkołom o rozwój czytelnictwa uczniów sprawił, że po pomysły, inspirację i wsparcie przychodzi się do biblioteki publicznej. I dobrze, nikt nie musi być skazany na działanie w pojedynkę. Warto czasem docenić możliwość partnerskiej współpracy nie czekając na odgórne dyrektywy.

Oczywiście, nie możemy Sami Wiecie Komu w naszych gminach rzucić wprost – niczym członek sztabu wyborczego Clintona: It`s the library, stupid! Niemniej w łazience przed lustrem można w nieskończoność z demonicznym uśmieszkiem powtarzać sobie tę frazę. Samopoczucie zwyżkuje lepiej niż niejeden indeks giełdowy. Trwa hossa bibliotek, a ci, którzy nie załapali, że mogą być beneficjentami tego procesu, muszą czekać na publikację z cyklu „biblioteka dla opornych”. Nieco triumfalizmu, choćby uwewnętrznionego tylko, przyda się, bo pozwala nie przegapić momentu zawodowej satysfakcji i poczuć wciąż jeszcze nie przereklamowaną odrobinę luksusu.

About the author

Leave a Reply