Dziewięciolatki i czytanie [Piątkową Porą #51]

Temat wszedł pod pióro za przyczyną „Fajnej ferajny” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej. Książkę dla dzieci o powstaniu warszawskim syn sam zdjął z bibliotecznej półki i zaczął czytać już w bibliotece, „u mamy”. Sądziłam, że poczytamy wspólnie przed snem i ja przy okazji poznam nowość dla dzieci. Nie zdążyłam. Książka została pochłonięta. Zainteresowana zainteresowaniem Czytelnika Domowego spytałam o wrażenia. Wnioski nie ogłuszyły oryginalnością, ale zostały wypowiedziane z entuzjazmem. Nie wypada nie odwołać się do źródła: książka sprawia, że pamiętamy o powstaniu warszawskim; opowiadają  ludzie, którzy to przeżyli; to nie jest wszystko tak poważnie, że tylko krew, pot i łzy, ale też jest trochę śmieszne. Ze wzruszającym acz nie potwierdzonym w życiu założeniem, syn orzekł, że czytanie książek historycznych dla dzieci przez dzieci rozwiąże problem ignorancji wśród ośmio- i dziewięciolatków, którzy wygłaszają opinie, iż „Polacy byli głupi, bo napadli na Niemców” (cytat z dialogu toczonego podczas przerwy).

czytanie
[Zdj na lic. CC: Kelly Sikkema @ Flickr]

Taki potencjał misyjny „Fajnej ferajny” nie mógł zostać zmarnowany. Powstał pomysł wspólnego jej zrecenzowania, ale szybko zostałam sama na placu boju z poruczonymi mi wskazówkami: Mamo, nie możesz przeczytać tylko jednego opowiadania, bo absolutnie nic nie będziesz wiedziała. Musisz przeczytać wszystkie, wtedy twoja recenzja będzie bogata. I należy wymienić imiona, a właściwie pseudonimy, bohaterów – tak po przecinku (dodał cenną uwagę Franciszek), bo oni są najważniejsi. Niestety, mama – ze wstydem wyznać dziś musi – wsiąkła w wir spraw codziennych i w niepojętym międzyczasie książka straciła status nowości. Napisz może coś o tym, jak czytają dzieci – poradziła  zaprzyjaźniona redaktorka portalu internetowego. Matka znów zaczęła dopytywać, dziecko cierpliwie odpowiadało.

Gdybym w szkole powiedział coś o książce, która nie jest lekturą, zostałbym wyśmiany. W wersji skrajniejszej: miałbym zniszczone życie towarzyskie. Niedowierzanie. Jak dotąd słyszałam na wywiadówkach, że dzieci bystre, spora grupa ambitnie walczy o wyniki w nauce, startuje w konkursach itd. Zatem chyba czytają? Tak, ale wyłącznie zadany tekst, bo kusi ich ocena za znajomość lektury. Nie warto z kimś rozmawiać o książkach? Warto – stwierdza Franciszek – ale z kimś, kto rozumie. Komu zatem opowiedzieć o serii „Star Wars. Wybierz swoje przeznaczenie”, komiksach Papcia Chmiela, przygodach Pana Samochodzika, „Fajnej ferajnie”? Matce bibliotekarce? Słabe. Czas i na bibliotekarską ponurą konkluzję. Wszyscy z tej klasy – jeszcze w przedszkolu – uczestniczyli w cyklu całorocznych zajęć bibliotecznych, byli pasowani na czytelnika, obchodzili Światowy Dzień Książki itp. Długofalowy efekt- żaden. Czytają ci, których rodzice też czytają.

Biblioteka szkolna próbuje jakoś ratować sytuację. Franciszka oburza próba wywierania nacisku i wpływania na indywidualne czytelnicze wybory. Nie będę wypożyczał nic z biblioteki szkolnej tylko po to, żeby klasa miała więcej wypożyczonych książek. Mam dużo własnych, bardziej interesujących  w domu. I następnego dnia oddał wypożyczone, pod wpływem namów wychowawczyni, „Przygody Koziołka Matołka” do szkolnej biblioteki. Hmm… Niewychowawczo? Bić się w piersi? Ale za co? Z powodu książek w domu? Franciszek z czystym sumieniem zanurzył się w swoje powieściowe ponad trzystustronicowe światy, których akurat w szkolnych rankingach wykazać się nie da. Na szczęście widać w sformułowaniach użytych w semestralnej ocenie opisowej: bogactwo słownictwa, dojrzałość wyrażanych opinii. Latorośl, mimo całego sytuacyjnego kontekstu, nie grymasiła na widok sążnistych opowieści otrzymanych pod choinkę (jaka ulga, rodzice wygaszają zalew plastiku w formie klocków i wyrafinowanie zminiaturyzowanych ludzików za bardzo nie zminiaturyzowaną cenę). Audiobooki też są w porządku. Choć niepoki nieco (jak ty się możesz skupić??) „czytanie symultaniczne”: włączony audiobook i zupełnie inna historia w wersji czarnodrukowej przed oczami.

Skoro jednak w Szwecji czytają na drabinkach, może nie ma sensu się czepiać… Paralelnie do powyższych spostrzeżeń biegnie wywód Katarzyny Tubylewicz w artykule „Oczytany jak Szwed”[ Magazyn Świąteczny „Gazety Wyborczej”, 30-31.01.2016, s.25] Autorka opisuje jak podobne dylematy (przecież czytanie to nawyk, który się wykształca a nie cecha dziedziczna, czemu zatem wydaje się wprost przeciwnie?) rozwiązują Szwedzi. Otóż przede wszystkim systemowo. My lubimy zwalać zadania misyjne na pojedynczych osobników z charyzmą, tudzież siłaczki empatycznie sportretowane ostatnio przez Jacka Dehnela (w wielu bibliotekach jest na pewno ten numer „Polityki”). Miło być misjonarzem, ale kiedy wysłucha się rzeczowych uwag dziewięciolatka, przychodzi do głowy ta myśl, że systemowe rozwiązania bywają bardziej skuteczne. Autorka znająca Sztokholm z autopsji egzemplifikuje: Inny przykład: wśród nastoletnich chłopców spada czytelnictwo. Zajmująca się jego promocją Szwedzka Rada Kultury nie postawiła jednak na spotkania w bibliotekach, bo eksperci wyjaśnili urzędnikom, że aby się stać czytelnikiem, trzeba uznać czytanie za coś atrakcyjnego, a akcje biblioteczne docierają do już przekonanych. Zamiast tego zadano sobie pytanie: co młodzi chłopcy robią w wolnym czasie? Najczęściej grają w piłkę lub uprawiają inne sporty. Dlaczego więc nie zacząć współpracy z trenerami klubów sportowych? Rada zaczęła zabiegać o to, by jadące na zawody nastolatki miały w autokarze dobre lektury, a trenerzy mówili im, że czytanie jest cool. Bo oni szybciej zachęcą opornych chłopaków do książki niż nauczycielka tłumacząca, że „czytelnictwo wzbogaca język”.

Choć nigdy nie załapałam się na wizytę studyjną w Szwecji, z treści artykułu wnioskuję, iż zacytowany przykład nie skłonił władz samorządowych w tym kraju do zamykania bibliotek. Jeśli trener okaże się przekonujący, do grona „już przekonanych” dołączą nastoletni chłopcy. Czyli przyjdą do biblioteki. Wydaje mi się, że wyjaśnienie samorządowcom ziomalom, na czym polega efektywność współczesnej biblioteki publicznej, niejednej siłaczce „zniszczyłoby życie towarzyskie” w środowisku lokalnym. Z nami trochę tak jak z dziewięciolatkiem wśród  szkolnych kolegów jedynie „zaliczających” lekturę: dużo możemy sobie poczytać, ale komu o tym opowiedzieć? Po puentę odsyłam do felietonu Dehnela. Może nią być jeden akapit, ale najwymowniejsza jest zawsze całość tekstu.

About the author

Leave a Reply