VII Kongres Bibliotek Publicznych – bibliotekarze rulez! [Piątkową Porą #52]

Każdy uczestnik kongresu, ten zjawiający się po raz pierwszy i ten po raz –enty, czuje, że obecność bibliotekarzy jest celebrowana przez organizatorów. Bibliotekarz ma czuć się jak reprezentant ważnego miejsca, dynamicznie zmieniającej się branży i potrzebnej idei – łączenia ludzi, szukania dobrych rozwiązań dla lokalnych społeczności. Słowem, bibliotekarz to nie tylko very important person, ale też very interesting person. Tytuł tegorocznego kongresu: „Biblioteka to ja!” nie jest nawiązaniem do megalomanii Ludwika XIV, autora pierwowzoru hasła.

Zdj. Flickr / FRSI / Kongres Bibliotek 2016

Tytuł ten przypomina, że bibliotekarz współczesny wciela się w wiele różnych ról, by sprostać oczekiwaniom odbiorców i wyzwaniom rozpędzonego świata. Zatem drugie imię bibliotekarza brzmi: multitasker. Notabene, w pewnym piątkowym felietonie, na dłuuugo przed siódmym kongresem, była o tym mowa. Nie wiem, dlaczego tekst ten nie był cytowany podczas otwarcia. Cóż, moje zdeptane ego nie mogło w pełni wrócić do formy… aczkolwiek w Fabryce Sztuki w Łodzi dołożono wszelkich starań, by bibliotekarze nie wątpili w swą wartość.

Po pierwsze, prezes FRSI, Jacek Królikowski bezpretensjonalnie, z sympatią, wezwał bibliotekarki (dominujące znacząco, liczebnie oczywiście, nad kolegami bibliotekarzami) do dbania o siebie i swój poziom energii, by starczyło nam jej do wykonywania rozmaitych zadań w pracy. W krótkim wystąpieniu ujmował fakt, że FRSI naprawdę jest blisko bibliotekarzy, zna różne zawodowe sytuacje, problemy bibliotek publicznych. Komfort psychiczny uczestników zwyżkował, bo przecież najczęściej frustrujemy się koniecznością tłumaczenia, że nie jesteśmy wielbłądem. (Usłyszałam ostatnio pytanie, czy biblioteki kupują jeszcze w ogóle książki drukowane czy tylko e-booki. Niewiedza była autentycznie szczera… a siedzieliśmy w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie z półek nie sypały się czytniki czy pendrive`y). Sylwia Chutnik przekonywała, że mimo porażających statystyk podsumowujących badania czytelnictwa, nie powinniśmy tracić poczucia sensu naszych wysiłków. Przed prostackim równaniem typu: czytelnictwo w zaniku=biblioteki do zamknięcia przestrzegał przedstawiciel Biblioteki Narodowej. Autor najlepszej anegdoty kongresu o bibliotekarzu, któremu przydała się w zawodzie sztuka fechtunku, porównał sieć bibliotek do sieci wodociągów. Ani jedna, ani druga nie może być zamknięta. Brak bieżącej wody  i brak bezpłatnego dostępu do wiedzy – oto dwa równie niewyobrażalne regresy cywilizacyjne. Anegdotyczna postać wyzywająca bibliotekarza na pojedynek, szybko pojęła, że niehonorowo czynić uszczerbki na ciele i zdrowiu osobie tak użytecznej.

Zdj. Flickr / FRSI / Kongres Bibliotek 2016

Kongresowe życie kuluarowe kwitło jak zawsze, również dzięki konkursowi dla bibliotekarzy mobilizującemu do odwiedzenia bibliobusu, stoiska grupy prowadzącej BiblioHakaton, do rozmowy z przedstawicielami duńskiej firmy specjalizującej się w aranżacji wnętrz bibliotecznych i  spełnienia wielu jeszcze innych warunków konkursowych. W przestrzeni Fabryki Sztuki, przyjemnej jak muzyczka ambientowa, przy kawie, herbacie, ciasteczkach i świeżych jabłkach można było przywitać się z dawno nie widzianymi koleżankami i kolegami po fachu, wymienić wrażenia. Pierwszy dzień kongresu zakończył się tanecznie i żywiołowo. Bibliotekarzom nigdy nie rozładowują się akumulatory!

Zdj. Flickr / FRSI / Kongres Bibliotek 2016
Zdj. Flickr / FRSI / Kongres Bibliotek 2016

Toteż drugiego dnia wszyscy bez problemu przenieśli się do świata VR, do wnętrz bibliotecznych projektowanych przez duńską firmę Lammhults Bibliotekdesign, zajęli się kwestią crowdfundingu, design thinkig oraz koniecznością reagowania na ciągłe zmiany. W bloku tematycznym „Innowacja to ja” rozpracowywano też zagadnienie komunikowania live z użytkownikami biblioteki. Wcześniej trwały debaty w ramach „niekonferencji”. Uczestnicy swymi głosami wybierali najbardziej palące tematy do omówienia, między innymi problem trudnego użytkownika… Cóż, cierpliwość i otwartość bibliotekarzy bywa wystawiana na próbę.

Jak mawiał ongiś mój szef przechodząc do osławionego punktu zebrania: sprawy różne – „przepraszam, że tak niechronologicznie, ale…”. Toteż przepraszam, za utrudnienie odkodowania i dekompozycji tekstu, bo ja również o kongresie niechronologicznie. Pewnie to wynika z nadmiaru wrażeń i wzmożonej chęci do podzielenia się różnorodnymi informacjami. Dla porządku zatem: kongresowy czwartek poświęcony był szeroko pojętej edukacji i dobremu planowaniu (o zgrozo! – planowaniu przede wszystkim pracy nad zadaniami). Nie mówcie tylko, że wszyscy już korzystacie z narzędzi typu Asana, Nozbe, Trello… A w ogóle najlepsze jest narzędzie skuteczne, więc jeśli dajecie radę z normalnym kalendarzem i notesem, i tak jesteście w awangardzie.

Zdj. Flickr / FRSI / Kongres Bibliotek 2016

Ergo, zawsze po kongresie przypomina się Wyspiański: chciałoby się wielkich rzeczy, a tu pospolitość skrzeczy… Zawsze po kongresie człowiek myśli: świetne, spróbuję to zrobić. Zgodnie z tekstem hitu (nadmieniam, że pojęcie hitu jest dyskusyjne)- Jak nie my, to kto? Mrozu chyba zna wielu bibliotekarzy…  Bo my, zgodnie z mądrością zapisaną na nieodzownej i nieodmiennie pożądanej przez uczestników torbie kongresowej to: animatorzy, trenerzy, aktywiści, designerzy, menedżerowie, programiści, facylitatorzy, liderzy, innowatorzy, powiernicy, trendsetterzy. Słowem Dolina Krzemowa nie ma polotu… See you next year!

About the author