Manifest bibliotekarzy-anarchistów w Światowy Dzień Książki!

Spokojnie, jak przystało na bibliotekarza świętowałem wczoraj Światowy Dzień Książki. Podziwiałem swój księgozbiór, poiłem się herbatą i co chwilę zerkałem jak w internecie barwnie obchodzona jest ta impreza we wszelakich bibliotekach i księgarniach. Aż tu nagle przychodzi mail zatytułowany:

Manifest Bibliotecznego Anarchisty

Jak czytam w treści:

Jesteśmy zespołem sfrustrowanych bibliotekarzy, bezradnych i niesłuchanych przez nasze szefostwo. Mamy w bibliotece wiele problemów, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać na drodze rozmów, negocjacji, otwartego sporu…[…] To jest nasz pomysł na rozładowanie negatywnych emocji. Mamy nadzieję, że nasz apel dotrze do dyrektorów bibliotek i może zmieni ich spojrzenie na te kwestie. Chcielibyśmy bowiem pracować bez uczucia bezsilności i całkowitego zdemotywowania. Niestety występujemy anonimowo, aby uniknąć nieprzyjemności.  [wiem coś o tym! – MR]

… a w mailu oprócz prośby o opublikowanie oczywiście także załącznik z tekstem odezwy, którą anonimowy bibliotekarz postanowili ogłosić światu w Światowy Dzień Książki.

manifest na Światowy Dzień Książki

[Treść podaję poniżej w brzmieniu oryginalnym i bez skrótów. Dodatkowo możecie ją sobie ściągnąć w formacie .pdf pod tym linkiem.]

Manifest bibliotecznego anarchisty (umiarkowanego)

Pamiętacie mroczną bibliotekę opactwa, po której wędrowali Wilhelm z Baskerville i Adso w Imieniu Róży Umberto Eco? Jej wizerunek zapadł mi w pamięć o wiele mocniej niż wizja tego przybytku w eseju O bibliotece tegoż autora. Czemu? Bo ja pracuję w takiej przyklasztornej bibliotece, gdzie zawsze panuje plucha i jesień, a śmiech jest zakazany. Nie pamiętam już, kiedy z przewodnika po świecie wiedzy, asystentującego studentom przy trudnej operacji, jaką stanowią studia wyższe, zamieniłem się w więziennego klawisza, który młodzież nie tylko poucza, ale i represjonuje.

Że trochę napuszone? Może w końcu przegrałem walkę z nowotworem nadęcia narastającym we mnie przez nieustanne powtarzanie mi, że pracuję w K S I Ą Ż N I C Y – jedynej w swym rodzaju świątyni wiedzy. Jestem kapłanem, który odprawia nieracjonalne i uciążliwe rytuały. W świątyni nie mówi się głośno, nie je, nie można rozłożyć się wygodnie i zdjąć na chwilę butów, by dać odpocząć stopom. Zaśmiejesz się, to pójdziesz do piekła! Kapłan wiedzy już o to zadba. Jestem strażnikiem więziennym, przechadzającym się po korytarzach w rytm głuchych uderzeń pałki o drzwi pokojów cichej nauki. Dla strażnika regulamin nie stanowi środka do zachowania spokoju, ale jest celem samym w sobie – regulamin ma wymusić u więźniów posłuszeństwo i karność, nie można im popuścić nawet na jotę, bo to psychopatyczne kreatury, a nie normalni ludzie.

Wiecie co? To totalny absurd. Studenci to tacy sami ludzie, jak ty czy ja – oni są po prostu młodzi. A młodość, moi mili, rządzi się swoimi prawami, z których podstawowym jest prawo do bycia głupim. Jasne, bywają głośni, wpadają na pomysły godne nagrody Darwina. Wsuwanie ociekającego tłuszczem hamburgera nad średniowiecznym manuskryptem nie stanowiłoby dla nich problemu, bo przecież „będę uważał”. Nie mają wyobraźni, albo wręcz przeciwnie, mają jej aż za dużo, zwłaszcza przy wymyślaniu nowych zastosowań dla bibliotecznych sprzętów.

Przodują w tym studenci zagraniczni, którzy najczęściej za swoją naukę płacą. Jak płacisz, to wszystko Ci wolno – taką zasadę wyznają Brytyjczycy odtwarzający bitwę o Anglię w krakowskich klubach, taką filozofię stosują rodziny „Kiepskich”, koczujące w obskurnych hotelach nad Morzem Śródziemnym, tak też często zachowują się studenci z innych krajów.

Tak więc uprzedzam Wasz zarzut, nie gloryfikuję młodych czytelników, wiem jak potrafią zaleźć za skórę. Wiem też, że represje nie pomogą. Musimy zdać sobie sprawę, że jedziemy na tym samym wózku – biblioteka to miejsce, gdzie spędzamy ładny kawałek każdego dnia. Przyświecają nam, co prawda, inne cele: my wykonujemy naszą pracę, oni się uczą, jednak wszyscy chcemy jak najbardziej komfortowych warunków i miłej atmosfery. My mamy prawo do przerwy na drugie śniadanie czy lunch, czemu więc zakazujemy studentom jedzenia posiłków w obrębie biblioteki, nawet poza czytelniami. Czy rzeczywiście muszą przechodzić do drugiego budynku, żeby zjeść kanapkę? W naszej pracy staramy się jak najlepiej przystosować nasze stanowisko pracy i często potrzebujemy w tym celu masy różnych przedmiotów. Czemu więc zabraniamy studentom wnoszenia toreb i plecaków, pozwalamy wnieść jedynie to, co zmieści się w dłoniach? Czy w świecie pasków i bramek magnetycznych ma to jeszcze sens? Inaczej, czy jeśli komuś naprawdę będzie zależało, żeby wynieść książkę z czytelni, to i tak nie znajdzie sposobu?

Kiedy myślę o moim wymarzonym ustroju bibliotecznym, to jawi mi się anarchizm. Anarchizm rozumiany jako brak strażników więziennych, wraz z regulaminem skompresowanym do paru linijek tekstu. Nie niszcz, nie kradnij, podaruj innym taką ciszę, jakiej oczekujesz od innych. Czy istnieje kwestia (pomijając te czysto organizacyjne, jak godziny otwarcia), której nie da się rozwiązać korzystając z tych trzech zasad oraz zdrowego rozsądku bibliotekarza? Marzy mi się anarchizm opierający się na pełnej wolności w organizacji swego stanowiska pracy, zarówno dla nas, jak i studentów. Nie anarchia utożsamiana z chaosem i samowolą. My jako starsi i (teoretycznie) mądrzejsi, musielibyśmy napominać tych, którzy nie szanują cudzej wolności oraz wspólnej własności. Chciałbym jednak skończyć z byciem kontrolerem biletów w autobusie. Dla tej profesji sukces to porażka pasażera. Nie chcę swej pracy opierać na porażkach czytelników.

Przy okazji kontrolerów, przypomina mi się pewne zdarzenie. Kiedyś zapomniałem biletu i zostałem na tym przyłapany. Wypisywany mandat był przyznany całkowicie słusznie i miałem zamiar go zapłacić. Jednocześnie czułem się poddany swego rodzaju represji i wcale nie miałem ochoty współpracować z kontrolerem. Czy tym właśnie chcemy być dla studentów? „Kanarami”?

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – taki banał mógłby zostać wytatuowany na łopatce jakiejś przesolaryzowanej osiedlowej księżniczki. Ale czy banalność wyklucza prawdziwość? Jeśli będziemy z pełną stanowczością egzekwować nielogiczne przepisy, otrzymamy w zamian jedynie niechęć i robienie na złość.

Dlatego nawołuję: bibliotekarze palcie krawaty, bibliotekarki palcie biustonosze i na barykady! Ale tylko po to, by je rozebrać i zatrzeć granice pomiędzy bibliotekarzami i czytelnikami, bo dla wielu jednych, jak i drugich, biblioteka stanowi drugi dom.

Brzmi ciekawie i rozsądnie. Z pewnością kryje się za tym znacznie więcej niż wyczytamy z tych wersów i dlatego trzeba rozmawiać o ewolucji-rewolucji, która powinna zajść w wielu bibliotekach (a w wielu już miała miejsce!) i o ogólnych sprawach/trudach pracy bibliotekarza. Do tego zawsze przychylałem się na Pulowerku, dlatego też publikuję nadesłany Manifest, pozostawiając go do dalszej dyskusji. Niech dotrze do tych do których ma dotrzeć i poruszy wszystkich, których poruszyć powinien.

Bo bibliotekarstwo to nie tylko święta, imprezy i wzajemne głaskanie się po główkach w mediach społecznościowych. To także problemy, o których za mało piszemy i mówimy publicznie.

***

A więc niezależnie od tego jakie mamy problemy z okazji wczorajszego Światowego Dnia Książki – wszystkiego najlepszego życzę książkom (bibliotekarz także dostaną już niedługo swoje życzenia)! Tym grubym i chudym, mały i dużym, papierowym i elektronicznym, zaczytanym i nieotwartym. Niech się z wami dobrze obchodzą i szanują jak przystało dla tak zacnego elementu naszej cywilizacji!

About the author

Założyciel portalu Pulowerek.pl. Bibliotekarz z łapanki, który jednak już się tutaj trochę zadomowił… Po kilku latach pracy nadal nie pojmuje idei MARC21, ale za to doskonale zrozumiał komiksy z Dilbertem i ma głowę pełną bibliotecznych absurdów. Oprócz pracy w bibliotece prowadzi własną firmę, kolekcjonuje filmy SF, a kiedy tylko może podróżuje po świecie.