Chyba wypadłem z obiegu (i to po części wina F@*#*&%ka)

Niepostrzeżenie minęła mi już dycha na służbie i muszę przyznać, że czuję trochę ten mentalny ciężar dekady za ladą (no może nie dosłownie „za ladą”). Młodzieńczy zapał się rozwiał, zastąpił go życiowy sceptycyzm wymieszany z odrobiną ironicznego podejścia do naszej branży. Nie udało mi się wszak ruszyć Instytucji z posad. Nasze wspólne blogowanie nie obaliło hegemonii SBP (ono jednak samo nad tym nieustannie pracuje).

zaraz wracam

Cierpienia młodego blogera

Ogólnie mam też wrażenie, że w pewnym momencie przestałem na tyle uważnie śledzić potencjalne branżowe tematy na artykuły, że trochę wypadłem poza bibliotekarski „obieg”. Z jednej strony człowiek dojrzał trochę i nie chce mi się już tak bardzo szukać kontrowersji i prowokować (jak to drzewiej bywało). Z drugiej trochę nudzą mnie już nasze branżowe problemy. Nie dlatego że mi się ego aż tak rozrosło, ale dlatego że są nierozwiązywalne w naszych bibliotecznych realiach – jednocześnie będąc łatwe do rozwiązania w każdej komercyjnej firmie (a o tym akurat mógłbym przy piwie rozmawiać pół nocy). Bibliotekarstwo nie jest też na tyle dynamiczne, aby co i rusz pojawiały się nowe nurty,wątki i tematy warte roztrząsania. Po „roztrząśnięciu” co ciekawszych zagadnień zaczęło się robić odrobinę nudnawo. Ile można wciąż pisać o tym samym: że niskie pensje, że małe czytelnictwo, że jest stereotyp, że koty tak ładnie wyglądają na tle książek 😛

Wtórność jest zabójcą kreatywności. Mam tyle szacunku dla czytelników i siebie samego by nie odgrzewać co chwilę tych samych tematów, nie kręcić zbyt wiele razy tych samych afer. Po napisaniu ponad 1000 wpisów na Pulowerku, trudno było mi znaleźć temat, którego w jakiś, choćby poboczny sposób już nie eksploatowałem. Przestało też mnie bawić jedynie opisywanie i relacjonowanie newsów. Skończyły mi się przemyślenia filozoficzne na temat naszej nieskomplikowanej, de facto, profesji. Wypaliłem się i stąd tak długa przerwa w publikowaniu na Pulowerku, której jesteście świadkami (a zasadniczo zawieszenie projektu na czas nieokreślony).

Kogo oszukał f@*#*&%k?

Myślę, że niepoślednią rolę odegrała w tym także postępująca dominacja f@*#*&%ka w naszej cyfrowej komunikacji społecznej (niestety także tej branżowej). Z początku ułatwiał on w rewolucyjny sposób dotarcie do czytelników i promowanie swoich treści, Jednocześnie nauczył jednak ludzi, że „lajk” to wystarczająca dla obu stron komunikacji jako forma interakcji z treścią. Z czynnych form poszukiwania treści – czyli wchodzenia na strony, żeby sprawdzić czy pojawiło się coś nowego, przeszliśmy do formy wygodniejszej, ale biernej. Pojawiło się przeświadczenie, że jeśli na f@*#*&%ku nie wyświetla się nam nic nowego, to pewnie nic nowego się nie dzieje. A jak wiadomo jest to maszynka do zarabiania, a nie altruistyczne zgromadzenie programistów mające na celu powszechne informowanie o wszystkim co się dzieje w internecie. Ze wszystkiego co wrzucamy w jego czeluści, przekazuje dalej tylko to co uważają za wartościowe jego techno-magiczne algorytmy, lub za co zapłacimy. Czyli zazwyczaj bardzo niewiele.

I tak oto coraz więcej czasu trzeba było poświęcać na obsługę treści w mediach społecznościowych. Coraz mniej zostawało go zaś na ich realne tworzenie. Coraz mniej opłacało się umieszczać treści spoza fb (czyli linków do artykułów na Pulowerku), a premiowane były szerszym udostępnianiem „followersom” te pisane i wrzucane bezpośrednio na profil. Czyli przy okazji zmienili nie tylko przyzwyczajenia czytelników treści, ale także wymuszali je wśród ich twórców.  Nagle obudziłem się w realiach, w których nie warto tworzyć pełnowartościowych treści na własnych stronach. Lepiej w tym czasie napisać dwie jednozdaniowe notki dla jednozdaniowych analfabetów zalewanych setkami mikro-newsów co minutę. Wszystko, żeby zebrać duuużo kciuków.

ten straszny FB

Galopująca inflacja w ekonomii społecznościowej

Lajki i udostępnienia stały się w pewnym momencie jedyną liczącą się walutą w nowych realiach komunikacyjnych. Ludzie coraz rzadziej zaczęli komentować treści na stronie, uważając że wypowiedzieli się już w wystarczający sposób klikając kciuka lub udostępniając post na f@*#*&%ku. W tych realiach ilość kciuków w żaden obiektywny sposób nie świadczy o tym czy nasz tekst jest ciekawy, wartościowy. Mówi tylko o tym, że jest przystępny, ma ciekawą okładkę, lub zgodny jest z oczekiwaniami „jakiegośtam” algorytmu. O ile u zarania f@*#*&%ka wszystko jeszcze działało na dość uczciwych zasadach, to jak każdy cieszyłem się z możliwości dotarcia do nowych odbiorców.

Potem okazało się jednak. że zamiast kierować ludzi do własnej strony, jedynie karmimy własnymi, ciężko wypracowanymi treściami olbrzymi portal, który coraz odważniej poczyna sobie z szafowaniem naszymi treściami. Co gorsza, w pewnym momencie ktoś w centrali podjął w końcu decyzję, że zacznie tak podkręcać cały ten ekosystem informacyjny, aż zacznie w końcu płynąć z niego szeroki strumień dolarów.

Obiektywnie rzecz biorąc nie ma nic przeciwko, że ktoś chce zarobić na swoim „wynalazku”. Wierzę w kapitalizm. Problemem sprawia mi jednak to, że z otwartego portalu społecznościowego stopniowo (r)ewoluował on, za naszymi plecami (to jest kluczowe stwierdzenie!) w mielącego nasze dane molocha. Uzależnił ludzi, firmy i marki swoimi ideałami komunikacji i bliższych relacji.

„..Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny…

Potem, kiedy już praktycznie wszyscy weszli w ten meta-świat i rozgościli się budując swoje małe profile-szałasiki, Pan Mark przystąpił do akcji. Uśmiechnął się niczym android i powiedział: „A teraz Szanowni Państwo musicie nam zacząć płacić mi, inaczej w bardzo kulturalny sposób odetniemy was od waszych znajomych i klientów”. Wiele firm i wielu ludzi nagle ze zdziwieniem i strachem stwierdziło, że całkowicie przenieśli swoją komunikację na f@*#*&%ka. To trochę jakbyśmy doświadczyli hiperinflacji w realnym świecie. Ze społecznosciowych bogaczy staliśmy się bankrutami.

Tutaj sprawdza się życiowa mądrość, że za wszystko co dobre na tym świecie trzeba jakoś zapłacić. W wirtualnym świecie jest dokładnie tak samo, choć nikt nam tego powiedział… No dobra, zasadniczo to powiedział, tylko małym drukiem w „Ogólnych Warunkach Użytkowania”. Ale kto czyta te wszystkie regulaminy przy zakładaniu setnego konta na setnej stronie 🙂

Niestety, wielu ludzi dało się w to wciągnąć i zaślepić magią niebieskiej literki ef. Tak sobie myślę, że łatwiej miały projekty, które zasadniczo od początku oparte były jedynie na mediach społecznościowych. Ja miałem inny model „treściotwórczy” i być może dlatego wypadłem w końcu poza obieg. O ile nasze treści były dość popularne (a raczej lajkowane) na fb, to coraz mniej i mniej osób wchodziło na stronę. Dramatycznie spadła także ilość komentarzy na samej stronie, a bez feedbacku od czytelników spadała coraz bardziej motywacja twórcza. Zmęczyło mnie „ciśnienie” na lajki i odtwarzanie treści zamiast ich tworzenia.Wina za taki stan nie leży oczywiście wyłącznie po stronie niebieskiego portalu. To złożony temat, łączący kilka odrębnych wątków w określonym czasie w moim życiu. Niemniej bardzo ciekaw jestem jak wyglądałoby blogowanie, gdyby na scenę mediów elektronicznych nie wparował nagle f@*#*&%k…

Póki co, jest jak jest… Na dłuższy czas wypadłem z obiegu, ale powolutku ogarniam się z post-f@*#*&%owego szoku i kombinuję co mam dalej robić.  A może zamiast bawienia się w te media społecznościowe, pójdę w oldschoolowe, analogowe blogowanie i napiszę książkę… 😉

[W ramach eksperymentu specjalnie sam nie podlinkuję tego tekstu w żadnych mediach społecznościowych  – zobaczymy czy ktokolwiek go przeczyta…]

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.
Pulowerek na FB