Co byście zrobili gdyby ktoś o obcobrzmiącym imieniu OMNIS, dał wam nieograniczoną władzę i równie nieograniczone środki? Mogli poczuć się Zeusem czy innym Odynem polskiego bibliotekarstwa? Jak wyglądałyby wasze rządy? Czy wykorzystalibyście je dla dobra społeczności, jednocząc i czyniąc dobro?  A może uleglibyście pokusie, aby zostać hegemonem, władcą rozdającym karteczki w światku posłusznym wyznawcom? Niewielu z nas musi sobie odpowiadać na takie pytania. Są jednak na tym świecie bibliotekarze, których głowę zaprzątają dziś tego rodzaju dylematy…

Wild Wild Biblio

Dawno, dawno temu, na Dzikim Środkowym-Wschodzie… Wąsaci Szeryfowie latami nic nie robili sobie z bezprawia w Biblioville. Pełnili swoją służbę przesiadując spokojnie z kowbojskimi butami opartymi o balustradę, pobierali pensję, specjalnie nie wtrącając się w to co robią mieszkańcy. Wiedli spokojne i ciche życie przy głównej ulicy bibliotekarstwa. Czasem Indianie wzniecili bunt w pobliskim rezerwacie, ale kogo obchodzą Indianie skazani przez los i historię na wymarcie. Czasem kowboje narozrabiali w mieście, ale kogo obchodzą kowboje z prowincji. Ogólnie to każdy w Biblioville żył sobie swoim przykurzonym rytmem.

Aż tu nagle wielka zmiana, wielka rewolucja. Ktoś na samej górze podjął decyzję, że nie będzie już podziału na Indian, kowbojów i całą resztę. Do miasteczka przyszedł telegram: „Panie Szeryf [stop] rób Pan porządki [stop] przyślemy dolary i zastępców szeryfa [stop] Za dwa lata ma być pozamiatane [stop]”. Szeryf wstał, otrzepał z siebie kurz, założył ostrogi i zapiął pas ze swoimi złotym rewolwerami… klamka zapadła. Gminna wieść niesie, że dokładnie tak wyglądały legendarne początki wszechprogramu Omnis.

biblioville
Biblioville

Błąd systemu

Przyglądając się polskiemu bibliotekarstwu jako systemowi, trzeba stwierdzić, że jest ono bardzo rozdrobnione i podzielone. Różne standardy, różne systemy, odmienne filozofie w najbardziej podstawowych sprawach. Każdy uważa, że jego sposób robienia biblioteki jest najlepszy i wszyscy powinni robić jak on. To tak w uproszczeniu, ale faktem jest że to efekt wielu lat braku branżowego dialogu, ambicjonalnego stawiania na swoim i wykorzystywaniu okazji aby dzielić, a nie łączyć.

Choć wszystkie strony tego dramaciku mają sporo za uszami to zasadniczo głównym „winnym” należałoby nazwać Bibliotekę Narodową. Nie dlatego, że najwięcej nabroiła (to rozsądzi historia), ale dlatego że to ona jest najstarszym z kłócącego się rodzeństwa. A jak uczyli nas rodzice rolą najstarszego jest zakończenie kłótni. Jednak BNka przez dekady po transformacji nie potrafiła znaleźć sposobu (lub wsparcia we władzach państwowych), na zrealizowanie swojego zadania, czyli utworzenia ogólnokrajowej sieci bibliotecznej (ale takiej prawdziwej, całościowej).

W tym czasie branża jakoś musiała to sobie sama poukładać. Każdy ogrodził swój kawałek pola i orał go zgodnie z własnym pomysłem i dostępnymi technologiami. Czyli klasyczny scenariusz: potrzeba matką wynalazków. Tak powstał właśnie NUKAT, tak wyłoniły się różne „software’owe plemiona” – alefowcy, horajzonowcy, makowcy i te rządzone przez pomniejszych kacyków. Tak pojawiły się różne biblioteczne „języki” których nosiciele przestali się już prawie nawzajem rozumiem. Stąd też wzięła się taka odrębność pomiędzy poszczególnymi typami bibliotek: publicznymi, pedagogicznym i akademickimi/naukowymi etc. Przez wiele, wiele lat nikt nie sprawował tak naprawdę nadzoru nad niedookreśloną „całością” bibliotek.

Wszechprojekt OMNIS

Miałem ostatnio okazję dłużej posłuchać propagandy o tym całym OMNISie: z czego się składa i jak wyglądają nad nim prace. Wart jedyne 63 miliony grant składający się z czterech filarów, a właściwie to trzech bomb atomowych. Pierwszy grzyb atomowy to jeden wspólny zintegrowany, chmurowy (a jakże!) system biblioteczny dla wszystkich kilkunastu tysięcy bibliotek w Polsce (prościzna i tanizna). Drugi to system informatyczny dla wydawców, dzięki któremu nie ostanie się ani jeden kataloger. Trzeci zaś to uber-Polona,  która unieważni wszystko co zrobili dotychczas w bibliotekach cyfrowych dLibrowcy. I to w ciągu mniej więcej dwóch lat… W domyśle, we wszystkich scenariuszach projekt zakłada, że proponowane przez nich rozwiązanie mają stać się jedynym dostępnym i najdoskonalszym. Głównie dlatego, że od teraz będzie jedna, jedyna osoba trzymająca rękę na kurku z kasą na biblioteki. Kto się nie będzie zgadzał z hegemonem, dla tego nie popłyną pieniędzory.

Z jednej strony jestem zaciekawiony tak rewolucyjnym działaniem (jako ideą), ale z drugiej jednocześnie także przerażony (wykonaniem). To zdecydowanie zbyt wiele władzy i zbyt wiele kompetencji zgromadzonych w jednym miejscu. Omnis, a zasadniczo jego składowe wraz z dodatkami mają w ciągu mniej więcej roku „naprawić” nasze bibliotekarstwo, rynek wydawniczy i sposób prowadzenia badań naukowych. Jednym ruchem zlikwidowane zostaną popełnione przez nasze środowisko błędy i nieporozumienia. To jednocześnie bardzo chlubne i bardzo niewdzięczne zadanie.

Na wszystko przeznaczono jedynie mniej więcej dwa lata (a jesteśmy mniej więcej w połowie trwania projektu). W tak krótkim czasie nie da się wykonać tego co założono inaczej niż za pomocą buldożerów. Nie ma czasu na przekonywanie do zmian, negocjowanie stanowisk etc. W grę wchodzi burzenie, wysadzanie, zmuszanie do przyjęcia określonego spojrzenia, a potem budowanie od nowa wg. własnego naprędce skleconego pomysłu. Choć jestem dość ogarnięty, to jednak nie wyobrażam tego wszystkiego co trzeba zrobić, aby przepchnąć od pomysłu do wdrożenia taki gargantuiczny projekt. Do tego typu spraw ewidentnie potrzebny jest ktoś taki jak Tomasz Wszechmogący.

wszechmogacy OMNIS

Tomasz Wszechmogący

Oglądaliście film „Bruce Wszechmogący” z Jimem Carey’em z 2003 roku?  Jeśli nie to w skrócie [spoiler alert]: zwykły koleś w wyniku zbiegu różnych okoliczność otrzymuje boską wszechmoc. Może zrobić wszystko co tylko sobie wyobrazi. Dosłownie. Oczywiście z początku robi głównie rzeczy głupie i dziwne, ale wszystko kończy się happyendem z morałem. To teraz zbuduję analogię. Bruce nie był przygotowany na wszechmoc, choć wydawało mu się, że tak jest. Bruce z  początku upaja się mocą (kto z nas by tego nie zrobił). Bruce’woi cała sytuacja zaczyna ciążyć i stopniowo przynosi więcej szkód niż korzyści. Wszystkie rzeczy, które Bruce czyni za pomocą wszechmocy, nie są trwałe, gdyż są narzucone i tylko komplikują otaczającą go rzeczywistość. Bruce uświadamia sobie, że władza to w większej mierze ciężar niż przywilej, służba niż rządzenie.

W filmie Bruce ostatecznie widzi swoje błędy i zaczyna korzystać z możliwości jakie mu dano dla dobra wszystkich, a nie tylko swojego. Film kończy się happyendem. A jak będzie w naszym remake’u tego kinowego przeboju?

Divide et impera

Tak dużej akcji jak OMNIS nie da się przeprowadzić przy biernym czy też aktywnym oporze dużej części „środowiska”. Dlatego zasada działania w takich sytuacjach jest dość standardowa. Wystarczy znaleźć przynajmniej jednego łamistrajka, w zwartym ruchu oporu. Najlepiej takiego z autorytetem. Jak, dajmy na to… Biblioteka Jagiellońska. Oczywiście najłatwiej użyć do tego korzyści takich jak pieniądze, władza i pochlebstwa. BeEnka ma do zaoferowania wszystko z tego zestawu. Pieniądze przy OMNISie i drugim grancie realizowanym równolegle, czyli Patrimonium to kolejno: 63 i 99 milionów złotych. No takiej forsy to nie widzieli łącznie na swoich odcinkach płacowych bibliotekarze z ostatnich sześciu pokoleń. Jest też władza i prestiż drugiej najważniejszej biblioteki w grancie. Jak się okazuje to wystarczyło na Jagiellonkę.

Kiedy pojawił się już wyłom w murze, idzie dużo łatwiej. Każda biblioteka ma swoją słabość, którą można wykorzystać. Weźmy np. taką bibliotekę UMK w Toruniu. Wystarczy przyjrzeć się jakie są jej problemy i troski, aby znaleźć odpowiednią dźwignię, która wyrwie ją z wcześniejszego miejsca i wciągnie w sferę wpływów hegemona. W tym wypadku chodzi o przestarzały, nierozwijany i umierający śmiercią naturalną system biblioteczny, czyli Horizon. Wystarczy pomachać przed nosem „ewentualną możliwością wdrożenia w nieokreślonej przyszłości w pierwszej kolejności” nowoczesnego systemu chmurowego. Jednocześnie postraszyć, że tak naprawdę to ich jedyna szansa na zdobycie go w nowej rzeczywistości. Resztę wyobraźcie sobie sami.

Tak działa stara dobra metoda kija i marchewki. Potem już tylko musimy obserwować jak kolejne biblioteki ustawiają się do swoistego talent show. Kto pierwszy, kto bardziej zasługuje, kto niżej się ukłoni i kto mocniej kopnie NUKAT i inne „błędy i wypaczenia minionego systemu Bibliotek w Polsce”. Aż miło się patrzy jak Tomasz Wszechmogący wspaniale realizuje w naszej branży zasadę „dziel i rządź”.

Quo vadis omnis?

Co nas dalej czeka? Tego nikt nie wie. Póki co są pieniądze na wdrożenie testowe nowej rzeczywistości w czterech (!) bibliotekach spośród około 20 tysięcy (!!!) jakie w różnej formie funkcjonują w naszym kraju. Może jak zawsze jestem malkontentem i ostatecznie uda się zrealizować centralizację systemu bibliotek, Wtedy wszyscy docenimy odważne ruchy Biblioteki Narodowej i zaakceptujemy ofiary. Uderzymy się w piersi i klekniemy przed naszym suwerenem.

Inny scenariusz jaki mogę sobie wyobrazić to taki, w którym uda się wdrożyć rzeczywistość w 4, 8 a nawet 32 bibliotekach… Potem skończą się nie tylko pieniądze, ale też i chęci do ciągnięcia dalej projektu. Bardzo rzadko bowiem grantodawca przewiduje środki na naprawdę długoterminowe utrzymanie i rozwój tego co powstało (co jest szczególnie ważne przy subskrypcyjnym modelu bibliotecznego systemu chmurowego). Cały problem w systemie grantowym polega więc na tym, że musimy gonić za kolejnymi pomysłami na nowe granty, jak tylko rozliczymy poprzedni. Tylko w taki sposób możemy utrzymać przepływ gotówki do którego się przyzwyczailiśmy. I tak bez końca, aż zaczyna nam brakować biurokratycznego tchu. Ten rodzaj projektowej wścieklizny nazywany jest „grantozą” i powszechnie trawi polską naukę, ale też np. organizacje pozarządowe. Jak widać ostro zabiera się też za biblioteki.

W związku z powyższym, na zadane w tym rozdziale pytanie „dokąd wszyscy zmierzamy”, nie mogę udzielić Wam jednoznacznej odpowiedzi. Nikt nie tego nie wie, nawet sam Tomasz Wszechmogący. Są jednak pewne wskazówki i objawy, które łączę w głowie i z ambiwalentnymi uczuciami obserwuję. Niezależnie po której stronie rewolucji się znajdujecie, także ich wypatrujcie, bo to niezwykle ważny czas dla bibliotekarstwa.

***

Oczywiście przedstawiłem tutaj moje subiektywne zdanie. Zachęcam was do poczytania dostępnych materiałów i komentarzy w celu wyrobienia sobie własnego. A jeśli już macie swój punkt widzenia na całą sprawę to zachęcam do podzielenia się nim w dyskusji pod wpisem.

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.
Pulowerek na FB