W minionym tygodniu, pisarka Sylwia Chutnik opublikowała felieton „Bibliotekarki przyszłością narodu”. Powstał on przy okazji obrad jury Konkursu im. Olgi Rok, a autorka bardzo entuzjastycznie (delikatnie mówiąc) wypowiada się w nim o bibliotekarkach. Tekst ów przetoczył się przez nasze media społecznościowe i wzbudził sporo zasłużonych zachwytów. Oczywiście znalazło się też kilka osób, które nie zrozumiawszy ogólnej idei, oburzyły się że nie zaznaczyła w nim, że przecież też i panowie pracują w bibliotekach. Mniejsza o to. Felieton Pani Sylwii skierował moje myśli na całkiem inne sprawy, niż oczywista-oczywistość jaką jest to, że osoby pracujące w bibliotekach (obojga płci) są super i się ich nie docenia.

Zacząłem rozmyślać o tym jak wiele dobrego robią dla nas ogólnopolskie nagrody (jak ta, w której jury jest Pani Chutnik). O tym, że gdyby było ich więcej, to znani ludzie kultury samoczynnie lobbowaliby za bibliotekami, co oznaczałoby wymierne marketingowe korzyści. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, zacząłem zastanawiać się ile właściwie znam „naszych” nagród i jaki jest ich potencjał.  Szybko jednak musiałem skończyć, bo zabrakło mi materiału do rozmyślania. Jak na mój gust mamy bardzo mało nagród o zasięgu ogólnokrajowym.

Nagroda

Syndrom „krótkiej ławki”

Postanowiłem zbadać głębiej ten temat i oto co ustaliłem. Według mojej najlepszej wiedzy (i wyszukiwarki google) mamy następujące ogólnopolskie nagrody:

To chyba wszystkie (jeśli pominąłem jakąś ogólnopolską nagrodę – nie konkurs/plebiscyt – poproszę o info w komentarzu). Sześć nagród (z czego nagroda młodych chyba „padła” bo aktywności nie widać) to jednocześnie dość dużo i bardzo mało. Choćby dlatego, że większość nagród (cztery z wyżej przedstawionych) nadawana jest pod egidą SBP (o dziwo muszę ich pochwalić za aktywność w tej dziedzinie), ale jednocześnie są one dość „tradycyjne” formie i kształcie. Doskonale oddają tym sposobem „perelowskiego” ducha Stowarzyszenia. Poza tym wszyscy słyszeliśmy o dziwnych nieprawidłowościach w głosowaniu internetowym i tajemniczym „pompowaniu” głosów przez niektórych uczestników konkursu Bibliotekarza Roku (podobnie jak bywa(ło) przy głosowaniu na plakat na Tydzień Bibliotek – ale to oddzielny temat).

Jest też Ranking Bibliotek, ale to tak naprawdę badania ankietowe (jakoś nie mam zaufania do ogólnopolskiej nagrody/rankingu, która korzysta z google forms do zbierania danych), ale dotyczy tylko tych którzy sami się zgłoszą (!?). Najnowocześniej wypada w tym gronie opisana w felietonie Pani Sylwii Nagroda/Stypendium/Konkurs im. Olgi Rok. Jest w niej wszystko co potrzebne nowoczesnej nagrodzie: ciekawy historyczny background, jest fajna misja, jest jury, a nie plebiscyt popularności. To zdecydowanie szczytowe dokonanie na polu doceniania naszej pracy (a raczej Waszej drogie czytelniczki, bo jako mężczyzna nie mam szans do startu o takie stypendium).

Są też nagrody lokalne i samorządowe, najczęściej przyznawane przez biblioteki wojewódzkie we współpracy z samorządem. To bardzo cenne, ale niewystarczające, bo nie docierają do szerszej publiczności. Służą jedynie lokalnemu „rynkowi” bibliotek i są bardziej podatne na szeroko pojętą „poprawność” polityczną. Wszyscy słyszeliśmy o takich nagrodach przyznawanych „z rozdzielnika” – co roku innej bibliotece z „regionu”, a nie za rzeczywiste zasługi; o nagrodzie imiennej dla dyrektora biblioteki za pracę, którą w rzeczywistości wykonali jego podwładni; o „bezpiecznym” podejściu do wyboru laureata. W lokalnych nagrodach trudniej o obiektywizm i podejmowanie odważnych decyzji. Obie strony duszą się w jednym wspólnym rondelku, zarówno przed jak i po obradach jury konkursowego.

Pojawiają się także jednorazowe ogólnopolskie konkursy związane z realizowanymi akurat projektami i grantami. However… „konkurs” to zasadniczo nie „nagroda”. Bez obrazy dla wszystkich laureatów konkursów, mam ambiwalentne nastawienie do „starania” się o uznanie oczywistych zasług. Szczególnie, że większość konkursów oparta jest obecnie o głosow3anie internetowe, a w zupełności popieram Pana Stanisława Lema w jego opinii na temat ludzi w internecie. Zdecydowanie doceniam obiektywność jury ponad mądrością tłumu głosującego w konkursie.

Co jest nie tak?

We wcześniejszej części tekstu opisałem już główną z bolączek ogólnopolskich nagród: jest ich po prostu za mało. Mamy jedynie sześć nagród. Dwie dedykowane są Bibliotekom jako instytucjom, po jednej studentom/absolwentom i naukowcom. Dwie mogą trafić do „zwykłego” bibliotekarza. Co więcej z tych dwóch, tylko jedna z nich nie wyklucza bibliotekarzy płci męskiej. Dla mężczyzny pracującego w bibliotece istnieje tylko samotna ogólnopolska nagroda do której może startować, czyli Bibliotekarz Roku. I co wy na takie rozrysowanie sytuacji.

Żadnej cyklicznej ogólnopolskiej nagrody branżowej nie przyznaje Biblioteka Narodowa. Żeby nie było, że ostatnio jakoś szczególnie uwziąłem się na BNkę – po prostu takie są fakty (jeśli się mylę, proszę o korektę). Ma ona przecież do tego zarówno potencjał, zasięg jak i kontakty w środowisku kultury. Nagroda przyznawana przez naczelną książnicę kraju bez wątpienia posiadałaby odpowiedni prestiż. W jury można by posadzić ludzi z rozpoznawalnymi nazwiskami, którzy nie odmówiliby tak ważnej instytucji polskiej kultury. Nie musiałaby to być nawet jedna nagroda, skoro takie SBP ma aż cztery w swoim portfelu 🙂 Ciekawe jakie są przyczyny tego stanu.

[Żeby nie było NUKAT, EBIB ani inna tego typu oficjalna struktura branżowa też nie przyznaje ogólnopolskiej nagrody 😛 ]

Brakuje nam ogólnopolskiej nagrody sponsorowanej przez branżową firmę zarabiającą na naszym środowisku 🙂 Choćby współorganizowanej z jakąś organizacją czy biblioteką. Takiego korporacyjnego CSR, tudzież offsetu za to, że de facto utrzymujemy z naszych budżetów i grantów tych wszystkich (choć nielicznych) producentów oprogramowania, specjalistycznego sprzętu i sponsorujemy dużą część rynku wydawniczego zakupami nowości do bibliotek. To byłby dobry „chłit materkindody” i sposób na docenienie ciekawych osób i działań. Niezależnie czy byłaby to nagroda dla najlepszego katalogera, najlepszego promotora nowych mediów w bibliotekach, czy organizatora najlepszego festiwalu w bibliotece, korzyści leżałyby po dwóch (a nawet trzech, jeśli liczyć czytelnika) stronach.

Kto jest temu winien?

Dlaczego tak jest jak jest i kto jest temu winien? To chyba kluczowe pytanie w tym artykule. Wydaje mi się, że powodów jest kilka. Poniżej hasłowo zidentyfikowałem najbardziej oczywiste z nich:

  • za naszą branżą nie stoi „duża kasa”
  • mało kto (poza FRSI i okazjonalnymi artykułami w prasie) dostrzega i docenia pojedynczego bibliotekarza
  • cały czas jeszcze dominuje chory branżowy etos pracy społecznika – za grosze, bez oczekiwania dodatkowej pochwały
  • pomimo, że tworzymy jedno środowisko to jesteśmy mocno podzieleni na sektory

Czyli kto jest winien: „branża”, czyli my sami. Dlaczego: bo zazwyczaj ci którzy mają środki i zaplecze to nie chcą (albo nie wpadli na taki pomysł), a ci co chcą – nie mają zazwyczaj środków i zaplecza.

jaka nagroda

Czy trzeba to zmienić?

Po pierwsze potrzebna jest w tym temacie publiczna debata na te tematy. Warto podyskutować o tym:

  • czy potrzebujemy więcej ogólnopolskich nagród branżowych?
  • czy znajdą się organizacje, stowarzyszenia i instytucje zdolne „pociągnąć” takie nagrody
  • czy mamy autorytety zdolne wskazać laureatów

To nie może być pochopna decyzja, dlatego najpierw trzeba porządnie przedyskutować powyższe zagadnienia. Zapewne macie jakieś zdanie w tym temacie? Podzielcie się nim w komentarzu!

Którędy droga?

Niezależnie jaka byłaby nowa nagroda, ani komu miała być przyznawana, ważna jest stabilność i budowanie autorytetu takiej inicjatywy. Nie chodzi o to aby przez trzy, pięć, czy siedem lat robić coś wartościowego, a jak tylko Pani XYZ, która wszystkim sama się zajmowała, odejdzie do krainy wiecznych wyprzedaży, albo zmieni pracę, porzucić wszystko. Potrzebne jest, albo wpisanie tego w działalność jakiejś nobliwej instytucji, albo stworzenie stabilnej, długoterminowej i niezależnej platformy do przyznawania nagrody. Takim optymalnym rozwiązaniem jest choćby to zastosowane przy Konkursie im. Olgi Rok: za przyznawanym stypendium stoi tzw. fundusz wieczysty, którego zadaniem jest zapewnienie środków na organizację konkursu, w oparciu o te wypracowane z kapitału początkowego (bez jego naruszania). Dzięki temu możliwe jest praktycznie wieczyste (tak!) organizowanie tego konkursu.

Zazwyczaj bibliotekarze, ani ich potomkowie nie pozostawiają jednak pokaźnych majątków, mogących utworzyć fundację z sensownym kapitałem. Obawiam się, że nawet „nasze” firmy nie posiadają tyle wolnego kapitału, aby założyć takie fundusze. Realnym wydaje się więc albo utworzenie bardziej przyziemnej formy prawnej, czyli stowarzyszenia działającego specjalnie na ten cel, albo jak wspominałem wcześniej, złożenie tego na barkach jakiejś instytucji.

***

To tyle moich przemyśleń w tym temacie. Tradycyjnie już przy tego typu tekstach najbardziej zależy mi na Waszej opinii. Napiszcie co myślicie o tym temacie, w jakich fragmentach chrzanię głupoty, a co warto by ująć inaczej. Zapraszam do dyskusji!

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.
Pulowerek na FB