W ostatnich tygodniach dzieje się zbyt dużo, aby to opisać. Praca, druga praca, życie rodzinne, pogoda, polityka, pogoda, praca. Jednak w tym wszystkim w najbardziej listopadowy z listopadowych sposobów przygnębił mnie po raz kolejny temat finansów w pracy bibliotekarza. Pensje stoją w miejscu, czyli w rzeczywistości maleją. Uwzględniając inflację, awanse „bez skutku finansowego” i podwyżki cen podstawowych produktów zarabiam(y) z miesiąca na miesiąc, z roku na rok coraz mniej. Nie widzę żadnej perspektyw na podwyżki, choćby takich wyrównujących inflację. To jednak nie wszystko…

***

Spoiler Alert! Uwaga, poniżej jest dużo narzekania i osobistych wynurzeń o nikogo nie interesujących sprawach bibliotekarza z pólnocno-wschodniej Polski. Jakby co to ostrzegałem i nie przyjmuję reklamacji.

Związki zawodowe

Jak zmiany to tylko na gorsze!

Ktoś wymyślił sobie nową ustawę o szkolnictwie wyższym, która wymusza napisanie nowych statutów uczelni wyższych i daje możliwość „dokręcenia śruby” bibliotekarzom jako grupie próżniaczej. Jak to ma wyglądać? Otóż nie wszyscy wiedzą, że od Starszego Bibliotekarza przysługuje bibliotekarzom akademickim przywilej zmniejszonego wymiaru pracy. Zamiast 42, jedynie 36 godzin tygodniowo, czyli 7 godzin i 12 minut dziennie. Teraz nam to powoli zabierają. Będziemy pracować 8 godzin jak reszta porządnych ludzi… Możecie powiedzieć, że to sprawiedliwe, ukrócają po prostu dzikie przywileje i nie ma co się rozczulać.

Dla mnie jest to jednak bardzo ważny wyznacznik atrakcyjności mojej posady. Pomaga mi to przełknąć niską pensję, wytłumaczyć sobie czemu się na to „godzę”.  Mogę wcześniej wrócić do domu, wyjść na dłuższy spacer z psem i zrobić lepszy obiad. Kiedy decydowałem się na stałą pracę w bibliotece stanowiło to najważniejszą z korzyści w rubryce „za”. Co gorsza, czynniki władcze w całym kraju postawiły już na tym temacie przysłowiowy krzyżyk. Nie zamierzają o to walczyć. Wiecie co jeszcze jest demotywujące? To, że ta zmiana spowoduje realne obniżenie moich zarobków o 10,5% (!!!). Zarabiam mało i będę jeszcze mniej.

Dodatkowo państwo wymyśliło Pracownicze Plany Emerytalne. Dzięki którym zabiorą mi kolejne 2-4% (podobno to ma być dobrowolne i służyć zabezpieczeniu naszej przyszłości, ale to już przerabialiśmy przy OFE i wyszło jak zawsze). Będziemy więc ratować ZUS z naszych bieżących pensji, żeby społeczeństwo się nie zbuntowało jeszcze przez kilka lat. Mogę się o zupkę chińską założyć, że moje pokolenie nie będzie już z tego nic miało jak dojdziemy do wieku starczego. Po drodze zagarnie nasze oszczędności po raz kolejny jakaś mądra reforma.

Marksistowski podział środków

Najgorsze z tego wszystkiego jest to co wymyśliły na mojej uczelni Związki Zawodowe ( w głowie niczym refren „wszystkie Związki na Powązki„). W swoim styropianowym geniuszu, zaproponowały władzom likwidację premii uznaniowych… Co prawda szału nie było, bo mogliśmy „wyrwać” jakieś 300 zł brutto na kwartał. Był to jednak czytelny sygnał: pracowałeś lepiej/więcej/sprawniej od innych – masz kilka groszy i kup sobie coś ładnego. Prosta zachęta, dzięki której choć teoretycznie (bo nie w praktyce) czuliśmy się docenieni za swoją pracę. Z wykorzystywaniem tego narzędzia przez kierowników, którzy tym rozporządzali bywało różnie. Niektórzy sprawiedliwie dawali pracowitym pracownikom, niektórzy tylko tym, których lubią, a jeszcze inni „sprawiedliwie” wszystkim po kolei. Premii uznaniowych nie szanowaliśmy, ale w głębi naszej bibliotekarskiej duszy cieszyliśmy się, że były. Teraz kiedy ich zabrakło, poczujemy dotkliwy brak.

To jednak tylko jeden akt tego dramatu. Przechodzimy do gorszej z rzeczy jaka się w tym wszystkim wydarzyła. Zastanawiacie się co może bardziej oburzać od zabrania pieniędzy? Otóż to, że dostaliśmy zamiast tego inne pieniądze, a dokładniej 78 zł i 52 gr – na stałe, co miesiąc doliczone do wypłaty. No i co w tym złego? Już wyjaśniam: te kilkadziesiąt złotych dostanie każdy, dosłownie KAŻDY pracownik.  Związkowcy wymyślili sobie, że wezmą pieniądze przeznaczone na premie uznaniowe i podzielą równo-równiutko jak uczył ich Marks, Lenin i inni „klasycy”. Niezależnie czy pracownik spędza cały dzień za ladą przeglądając facebooka, czy półtorej godziny w ciągu dnia siedzi „na papierosie”. Czy organizuje imprezy dla dzieci w sobotę lub uczestniczy z własnej woli w ogólnouczelnianych akcjach promocyjnych. Po obecnych zmianach każdy, nawet największy malkontent, biblioteczny troll czy obibok dostanie co miesiąc taką samą „mini-premię nieuznaniową” jak ich najbardziej zaangażowana i tryskająca pomysłami koleżanka z pracy.

Uważam, że to po prostu niesprawiedliwe i niemotywujące, nawet jeśli miałbym na tym zyskać finansowo w skali roku.

Bez kija i bez marchewki

W opisanych tutaj nowych biblioteczno-pracowniczych realiach „władza” nie ma już żadnych, ale to żadnych finansowych mechanizmów motywujących. Nie ma premii uznaniowych, nie ma awansów ze skutkiem finansowych, nie ma nagród rocznych, nie ma podwyżek. Nie zazdroszczę nikomu zarządzania zespołem w takiej sytuacji. Całkowity brak marchewki zdecydowanie wpłynie negatywnie na tych, którym się jeszcze chciało. I nic nie będzie można z tym zrobić. Pragnę zauważyć, że „niektórzy” robili pewne rzeczy nie dla tych relatywnie niewielkich premii, ale dla symbolicznego uznania, że wkładają odrobinę więcej do służbowej rzeczywistości niż inni. Szkoda tej marchewki, bo wegetarianie lubią coś pochrupać 🙂

Wszystkie Związki na Powązki!

Nie winię za zaistniałą sytuację władz jakiegokolwiek szczebla, bo wymyśliły i przeprowadziły to Związki Zawodowe. Uważam iż, w obecnej formie stanowią one relikt nieprzystający do czasów i realiów rynkowych (nawet takich jakie występują w zarośniętej mentalnymi pajęczynami „budżetówce”). Rozumiem, że istnienie związków zawodowych miało sens, kiedy nie było szczegółowego ustawodawstwa pracowniczego. Ludzie harowali bez kontroli po 12 godzin w fabrykach i ginęli w niezabezpieczonych kopalniach. Dodatkowo zmitologizowane zostały po styropianowych latach osiemdziesiątych, kiedy to oczywiście odegrały ważną i chwalebną rolę w budzeniu społeczeństwa. Potem jednak po raz kolejny zmieniły się realia, ale Związki Zawodowe już na stałe wpisały się w naszą pracowniczą rzeczywistość. Instytucja stworzona na potrzeby rynku pracy z początku XX wieku, w czasach globalnego społeczeństwa informacyjnego XXI wieku – nadal działa tymi samymi metodami co w latach 80tych. Zarządzana przez tych samych ludzi co wtedy i mentalnie tkwi 30-40 lat wstecz.

I tak oto po raz kolejny sp#*$@#$i coś czego nie trzeba było naprawiać (a wcześnie i tak już kilka razy ładnie „sprzedali” pracowników). Wszystko w imię socjalistycznej równości i komunistycznego podziału dóbr [epic facepalm]. Dlatego jeszcze raz pełną piersią intonuję proste, lecz wymowne hasło: Wszystkie Związki na Powązki.

Do usłyszenia lub… żegnam 🙂

Na zakończenie zaś ciekawostka: bywało, iż w mojej karierze blogerskiej dostawałem po uszach za moją pisaninę. Za to mam ciekawą teczkę w kadrach, a nie te same nudy co wszyscy. Ironicznie patrząc tym razem raczej nie muszę się już obawiać żadnych represji, ponieważ: nie mogą mi już zabrać premii… ani pozbawić podwyżki… ani wstrzymać awansu (bo nic z tych rzeczy już w rzeczywistości nie istnieje). Mogą mnie przenieść na inne stanowisko (gdzie pewnie nie będę musiał, aż tyle pracować co teraz) lub zwolnić. Ale gdzie znajdą kolejnego frajera, z moimi kompetencjami, na moje stanowisko… za dwa tysiące na rękę 😛 Nie przechwalam się – tak po prostu jest 🙁

Disclaimer dla tych którzy chcieliby się przyczepić

Oświadczam, że powyższy tekst napisałem bo jestem wkurzony i prezentuje on jedynie moje własne, prywatne zdanie. Nie wstydzę się go i odzwierciedla ono mój i tylko mój stan umysłu i ducha.

Zanim popędzisz dalej, mam do Ciebie prośbę :)

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, możesz wesprzeć niezależnego bibliotekarskiego blogera. Zajrzyj proszę na mój profil na Patronite.pl i postaw mi wirtualną kawę

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, przeczytaj tekst o tym dlaczego warto to zrobić

About the author

Nazywam się Maciej Rynarzewski. Jestem bibliotekarzem, ale takim trochę „inaczej”: mam zdecydowanie odmienne spojrzenie na biblioteki i bibliotekarstwo od urzędowo obowiązującego i nie boję się o tym mówić. Czasem ponoszę tego konsekwencje. Przeważnie piszę na wesoło i z dużą dawką ironii, momentami zdarza mi się zająć jakimś tematem całkiem na poważnie. Oprócz pracy w bibliotece prowadzę własną firmę (Mikroagencja Kreatywna), interesuję się science-fiction i chodzę na spacery z psem. Więcej o mnie znajdziecie tutaj.
Pulowerek na FB